czwartek, 17 sierpnia 2017

Recenzja książki "Głód" Martina Caparrosa

Publikacja argentyńskiego pisarza i dziennikarza z początku bardzo mnie zaciekawiła, potem zirytowała, a na końcu stwierdziłam, że jest genialna! Nie pamiętam, żebym w jakiejś książce zagięła tyle rogów stron, na których znalazłam dające do myślenia cytaty i żeby któraś lektura wywołała u mnie tak silne i skrajne emocje. 


Autor szuka przyczyn głodu na świecie i zastanawia się, czy można go zlikwidować.

Pyta, dlaczego tyle milionów ludzi nie ma czego włożyć do ust. Czemu, mimo że wyrzucamy miliardy ton żywności rocznie, tylu ludzi umiera i choruje z niedożywienia. Co kryje się za głodem? Klęski żywiołowe? A może lenistwo? Bezrefleksyjne płodzenie dzieci? Spisek?

Rozmawia z mieszkańcami Nigru, Sudanu, Indii, Bangladeszu, Argentyny, Stanów Zjednoczonych i Madagaskaru. Odwiedza slumsy i wysypiska śmieci, wielkie miasta i małe wioski, o których nikt nie słyszał. Spotyka się z lekarzami, wolontariuszami organizacji pozarządowych, politykami, spekulantami giełdowymi, pracownikami korporacji, a także matkami, które doświadczyły śmierci swoich dzieci, rolnikami, którzy na skutek politycznych decyzji stracili ziemię uprawianą od pokoleń i mieszkańcami świata, w którym dostęp do wody to luksus.

Z jednej strony wiele rzeczy uświadamia, z drugiej pokazuje, jak oporni jesteśmy na fakty, jak bardzo nie chcemy wiedzieć, a jeszcze bardziej czegokolwiek w naszym wygodnym życiu zmieniać.

Czym jest ta publikacja? Jak ją sklasyfikujemy? Czy jest to pamiętnik z podróży w poszukiwaniu opowieści o głodzie? A może reportaż? Luźne zapiski? Strumień świadomości samego autora? Raport pełen faktów i liczb? Wypowiedzi podsłuchane na grillu u sąsiada?

By oddać choć trochę klimatu tej pozycji posłużę się cytatami. Fragmentami, które wywarły na mnie największe wrażenie. Jako że książka ma ponad siedemset stron, to i cytatów wypisałam dużo. Warto mieć na uwadze fakt, że zostały wyrwane z pewnej (przemyślanej) całości, wybaczcie…
Jeśli przyjmiemy ostatnie zrewidowane dane FAO, będziemy musieli przyznać, że na świecie obecnie jest 805 milionów ludzi cierpięcych głód. To dużo. Ponad 11 procent ludności świata cierpi głód, co dziesiąty człowiek na naszej planecie. Jeśli strefy głodu nie byłyby tak starannie rozgraniczone, ta jedna dziesiąta obejmowałaby, z konieczności, szanowny czytelniku, kogoś z twoich wujków, paru kolegów z pracy, kilku przyjaciół z dzieciństwa, ze szkoły, z drużyny piłki nożnej, tamtą chudą kobietę dwa rzędy dalej, a może i ciebie samego.

Definicja:
Głód, po hiszpańsku rzeczownik rodzaju żeńskiego, oznacza – według tych, którzy określają sens wyrazów – trzy rzeczy: „ochotę na jedzenie; brak podstawowych produktów żywnościowych powodujący ogólne niedobory i nędzę; silne pragnienie lub apetyt na coś”. A zatem odnosi się albo do stanu fizycznego konkretnego człowieka, albo do rzeczywistości przeżywanej przez wielu, albo do wewnętrznego doznania. Trudno wyobrazić sobie trzy bardziej różne znaczenia. 
Głód to oczywiście coś więcej. Ludzie mający podejście techniczne i urzędowe starają się unikać tego słowa. Może wydaje im się zbyt brutalne, zbyt wulgarne i obrazowe. Albo – załóżmy uprzejmie – nie dość ścisłe. Terminy techniczne maja dobrą cechę: nie wywołują emocji. Pewne słowa natomiast tak. Urzędnicy – i organizacje, dla których pracują – wolą raczej te, które nie wywołują. Mówi się wówczas o niedoborach żywnościowych, o niedożywieniu, o problemach żywnościowych, aż wreszcie same terminy zaczynają się mylić i mylą tego, kto pragnie je zrozumieć.
Głodujący nie mają pieniędzy, nie mają żadnej własności, nie liczą się – zazwyczaj nie mają możliwości wpływania na decyzje. Były czasy, w których głód krzyczał, ale głód współczesny jest przede wszystkim milczeniem, sytuacją ludzi pozbawionych możliwości wypowiedzi. Mówić, mówimy – z pełnymi ustami – my, którzy mamy co jeść. Ci, którzy nie mają co jeść na ogół milczą. Albo mówią tam, gdzie nikt ich nie słucha.

Mięso:
Problem polega na tym, że potrzeba czterech kalorii pochodzących z roślin, aby wyprodukować jedną kalorię jaką daje kurczak, sześć do wyprodukowania jednej wieprzowej i dziesięć w przypadku kalorii z wołowiny czy jagnięciny. To samo dzieje się z wodą. Potrzebne jest 1500 litrów wody, aby wyprodukować kilogram kukurydzy, ale 15000 idzie na kilogram wołowiny. Hektar dobrej ziemi może dać 35 kilogramów białka roślinnego; jeśli produkcja przeznaczona będzie na wyżywienie zwierząt – 7 kilogramów. Czyli jeden człowiek jedzący mięso zagarnia dla siebie środki, które rozdzielone wystarczyłyby dla pięciu albo dziesięciu ludzi. Jedzenie mięsa wprowadza bezwzględną niesprawiedliwość: pozwalam sobie na jedzenie produktu pięć, dziesięć razy droższego niż ten, który ty jesz. Jeść mięso znaczy mówić: mam gdzieś pozostałych dziewięciu.
W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat spożycie mięsa rosło dwa razy szybciej niż liczba ludności; spożycie jaj – trzy razy szybciej. Około roku 1950 na świecie zjadano rocznie mniej więcej 50 milionów ton mięsa. Teraz je się niemal sześć razy więcej – a według wszelkich przewidywań w roku 2030 ta wartość znów się podwoi.
Hodowla wykorzystuje obecnie 80 procent powierzchni uprawnej Ziemi, 40 procent światowej produkcji zbóż i 10 procent zasobów wodnych. Mięso ma przebicie.
Jedzenie mięsa jest ostentacyjnym pokazem siły.
Woda:
- Nie wyobraża pan sobie, jak się ucieszyliśmy, kiedy spadły pierwsze krople, i zobaczyliśmy, że są dobre – mówi Ahmad, z triumfalnym uśmiechem. – Wydawało się, że nigdy już nie spadnie deszcz. Każdego roku wydaje się, że nigdy nie spadnie, a potem pada, a na następny rok wydaje się, że nigdy nie będzie padać.- I zawsze w końcu pada?- Nie, czasem nie.
- Problemem jest woda.Amena stwierdza to takim tonem, jakby oczekiwała, że będę wiedział o co chodzi. Nie wiem, przyznaję się.- Najgorsze są dni, kiedy nie mogę kupić wody. Dawałam im wodę jaką znalazłam, ale często chorowali. Lekarze powiedzieli mi, że to przez wodę, że muszę dawać wodę kupioną. Tak, to prawda, tyle, że często nie mam pięniędzy, żeby im kupić wodę.W Dhace, jak w tylu miejscach, woda, którą biedni muszą kupować od obwoźnego woziwody, kosztuje o wiele więcej – cztery, pięć razy więcej – niż bieżąca woda u tych, którzy taką wodę mają.
Mówi, że owszem, przedsiębiorstwo pomogło im zadbać o szkołę - w ubiegłym roku odmalowano ją z zewnątrz. Nie otworzyli przychodni, ale pozwalają chodzić do swojego lekarza, który przyjmuje kilka razy w tygodniu. Nie doprowadzili prądu, ale wykopali studnię na swoim terenie, który przedtem należał do wsi, i biorą od nich po 500 ariary - 20 centów - za każde zaczerpnięcie wody.- Sprzedają wam waszą własną wodę?- No, nie sprzedają, bo jej nie kupujemy. Jak mamy płacić za każdy baniak wody...

Ciało:
Tym, co tutaj pracuje jest ciało. Zależność jest oczywista, ale zwodnicza: im ktoś jest biedniejszy, tym jego ciało pracuje więcej, im bogatszy – tym mniej. Ciała, które pracują najwięcej, często są odżywiane najskromniej. Na Zachodzie, aby zastąpić pracę ciała, skompensować typowy dla nas brak ruchu, wymyśla się tysiące form gimnastyki – sztuczki stosowane wobec ciał, które jeszcze nie przyzwyczaiły się do tego, że nie spełniają już tej samej roli co kiedyś.

Rozmowy:
- Jaka jest twoja ulubiona potrawa, co lubisz najbardziej?
- Proso.
- Tak? To lepsze niż kurczak?
- Kurczak? Kurczaka nigdy nie zjem. To po co miałby mi smakować?
- Boisz się, że zabraknie ci jedzenia, czy nie myślisz o tym?
- Naturalnie, że myślę. W te wieczory, kiedy nie mam co dać jeść dzieciom, bardzo się nad tym zastanawiam.
- I co myślisz?
- Nie wiem. Nic. Myślę.
Ai się zastanawia, mocno. Ai nigdy nie miała dość jedzenia, nigdy nie była w mieście, nigdy nie miała prądu ani bieżącej wody, ani gazu do gotowania, ani ubikacji, nigdy nie rodziła w szpitalu, nigdy nie oglądała telewizji, nie włożyła spodni, nie miała zegarka, łóżka, nie czytała książki, gazety, nie płaciła, nie spróbowała coca-coli, pizzy, nigdy nie wybierała swojej przyszłości, nie zakładała, że jej życie mogłoby wyglądać inaczej.
 
- A czego byś pragnęła?
- Mieć jedzenie, wystarczająco dużo jedzenia. Bardzo mi przykro, kiedy widzę ludzi, którzy mają jedzenia pod dostatkiem i marnują je. Takich ludzi nienawidzę. Ktoś powinien zbuntować się przeciwko tym, którzy marnują jedzenie, ale żeby się zbuntować, trzeba mieć siłę. Myślę, że gdybym miała więcej pieniędzy, czułabym się silniejsza i mogłabym się zbuntować. I naprawdę bym się zbuntowała przeciw ludziom, którzy marnują jedzenie; karałabym ich.

Obrazki:
Na stojącym nieco na uboczu straganie mężczyzna sprzedaje czerwone rybki. Czerwone rybki, w akwarium z plastikowymi ozdobami. To skok cywilizacyjny. Zachód jest – niestety, na szczęście – tak przyzwyczajony, że wszystko ma, że zapomina o wartości tego co zbędne. (…) To co zbędne, jest znakiem wielkiej przemiany: nabyć coś, czego nie potrzebujesz, przejść od stanu czystej konieczności do stanu przywileju – niewielkiego – pozwalającego ci wydać parę groszy na niepotrzebną czerwoną rybkę. Że czerwoną to ważne, ale decydujące jest tutaj słowo „niepotrzebną”: mamy prawo do tego, co zbędne. Jest to odwrotność głodu. Być głodnym to utrzymywać się przy życiu dzięki temu, co absolutnie niezbędne, żyć dla tego, co absolutnie niezbędne, w tym, co absolutnie niezbędne – a często i bez tego. Cierpieć głód to zjadać czerwone rybki.
Solo opowiada mi, jak to jest spędzić cały dzień po kostki w wodzie, w błocie pól ryżowych. Potem pokazuje: jego stopy przypominają skórę na szyi starego żółwia, taką, która nie jest już skórą, lecz siatką bruzd. Mówi, że od czasu do czasu nie mają co jeść, przez dzień czy dwa, ale głodu – tego, co się nazywa głód – nie zaznał.
  
Konsumpcja:
W ciągu stuleci, tysiącleci towary dzieliły się na nietrwałe i trwałe. Żywność, napoje kończyły się, koszula czasem się darła, nikt jednak nie kupował łóżka czy wozu, czy garnka ze świadomością, że zaraz zamieni je na inne. Idea trwałości była nierozerwalnie związana z samą istotą podobnych przedmiotów. Współczesny kapitalizm zdołał nadać im ten sam charakter co produktom żywnościowym, napojom: mają zostać skonsumowane, mają się zużyć. Konsumpcja to bardzo kontrowersyjny termin.



Pewno dlatego świat jest teraz pełen kupców, handlarzy: bo niczego nie kupuje się raz na zawsze, wszystko musi być kupowane i sprzedawane w nieskończoność.

Poziom życia:
Jednym z najklarowniejszych wyznaczników przynależności do pewnej warstwy jest procent dochodów, jaki rodzina przeznacza na jedzenie: im biedniejsza, tym procent wyższy. W Anglii na początku XIX wieku, kiedy rozpoczynała się rewolucja przemysłowa, większość ludności wydawała 90 procent swoich dochodów na jedzenie. W roku 1850 już tylko dwie trzecie. Teraz wskaźnik ten wynosi 10-15 procent. Aby zdefiniować klasę średnią, organizacje międzynarodowe posługują się kryterium podziału wydatków na jedzenie w budżecie: musi to być poniżej jednej trzeciej. 
Tutaj, gdzie biedni wydają ponad trzy czwarte swoich skromnych dochodów, każda podwyżka jest strasznym ciosem; zmienia radykalnie sytuację milionów rodzin: od „jeść” przechodzą one do „nie jeść”. 
Albo jeść na granicy niedojadania. 
Pomyślałem sobie kiedyś, że miarą – niegodną skądinąd –„humanizacji” człowieka jest ilość czasu poświęcana przezeń na zdobycie pożywienia. Dla zwierząt jest to niemal cały ich czas, dla rodzin norweskich – tydzień na rok. Kiedy jednak w ogóle nie potrafisz zdobyć pożywienia, wypadasz ze skali, przechodzisz do innej ligi.

To, co potrzebne – co niezbędne – stanowi stanowi coraz mniejszy procent tego, czego dostarcza nam nasza praca. Więcej: stopień zamożności społeczeństwa mierzony jest udziałem konsumowanych przez nie dóbr niepotrzebnych. Im więcej pieniędzy ludzie wydaja na to, co nie jest koniecznie potrzebne – im mniej przeznaczają na zakup żywności, odzieży, na ochronę zdrowia, opłacenie mieszkania – tym, przyjmujemy, lepiej się im powodzi, tym zamożniejszy jest dany sektor społeczny czy kraj.
Chociaż z drugiej strony – co w świecie bardziej zrównoważonym pod względem materialnego poziomu życia działoby się z wszystkimi pięknymi rzeczami, które powstają tylko dlatego, że są ludzie, którym zbywa na pieniądzach? Samoloty, samocody, statki, ciekawe architektonicznie domy, eleganckie zegarki, wspaniałe wina, iPhony, wymyślne kuracje i lekarstwa.

Niepotrzebni:
Jest to sytuacja absolutnie nienormalna: nie wiem czy kiedykolwiek wystąpiła z taką intensywnością, w takim natężeniu. Czasem myślę, że na tym polega jedna z wielkich zmian w naszej epoce: po raz pierwszy w historii szósta czy piąta część ludności świata jest niepotrzebna. Niemiło byłoby kazać tym ludziom tak po prostu umrzeć, więc się ich utrzymuje na granicy życia i śmierci, niedożywionych, ale nie umierających z głodu.

Pomoc:
Teraz mówi się, że państwa afrykańskie nie mają dostatecznych środków ani wiedzy potrzebnej aby do końca wykorzystać własne możliwości – własne surowce. Interes jest zatem prosty: wykładam pieniądze, żeby twój kraj się rozwijał, a w zamian za to wywożę produkt tego rozwoju – jak kiedyś, przez półtora wieku, w czasach nazywanych kolonialnymi. Właśnie z tego powodu, właśnie dlatego, że kraje te nie mogły gromadzić owoców swego bogactwa – które trafiało do Paryża czy Londynu – sytuacja ich jest teraz taka, jaka jest. I oto proponuje się im identyczne rozwiązanie.

Największe wrażenie zrobił na mnie fragment, w którym indyjski dziennikarz i działacz społeczny Palagummi Sainath porównuje gości na uczcie u Nerona do nas. Oni świętowali i bawili się przy blasku ognia z ludzi spalanych żywcem. Nam, ludziom Zachodu czy Globalnej Północy, obiło się o uszy i oczy, jaka jest prawdziwa cena taniego jedzenia, odzieży, zabawek, smartfonów, telewizorów i samochodów…
Dla mnie interesujący w tym wszystkim nigdy nie był Neron, tylko jego goście. Kim byli zaproszeni przez Nerona ludzie? Jaką trzeba było mieć mentalność, żeby brać do ust kolejną figę, podczas gdy obok płonęli żywcem ludzie dla zapewnienia dobrego światła? Co trzeba było myśleć, żeby wkładać na język winogrona, gdy tymczasem płomienie pożerały kogoś – po to, abyś miał jaśniej? Była to śmietanka społeczeństwa: poeci, śpiewacy, muzycy, artyści, historycy, inteligencja. Ilu z nich zaprotestowało? Według tego, co opowiada Tacyt – NIKT. Nikt nie zaprotestował. Dlatego zawsze się zastanawiam kim byli goście Nerona. Teraz, gdy już od pięciu lat piszę o samobójstwach chłopów, sądzę, że znalazłem odpowiedź. I wy chyba też wiecie, kim byli. Możemy wysuwać różne propozycje rozwiązania tego problemu. Nawet widzieć go w rozmaity sposób. Punkt wyjścia znajdziemy chyba jednak wspólny: umówić się, że nie będziemy gośćmi Nerona.

Książka dała mi bardzo do myślenia. Pokazała jak złożony jest problem głodu, jak bezradni wobec niego jesteśmy jako jednostki i jak nasze decyzje żywieniowe (oraz ogólnie konsumpcyjne) wpływają na wygląd współczesnej rzeczywistości, tej najbliższej i tej, o której wolelibyśmy nie wiedzieć…

Nie obyło się bez oburzenia. Nierzadko kipiałam ze wściekłości. Skoro autor wie jakie są społeczne, ekonomiczne i ekologiczne konsekwencje  produkcji mięsa, to dlaczego sam zjada go ze smakiem? Czemu zadaje te swoje idiotyczne pytania (Co lubisz jeść?) ludziom, którzy na jego oczach umierają z niedożywienia? Innym razem zastanawiałam się,  czy myśli zawarte w książce to tupet czy odwaga… Jak mógł nazwać jakichś ludzi niepotrzebnymi? Czy nie przesadził negatywnie oceniając religie? Dlaczego pochwala mechanizację rolnictwa, skoro sam zauważa, że czyni ona życie milionów istnień bezproduktywny, bezcelowym, zbędnym… W ogóle jakim prawem śmie ludzi tak szufladkować?

Czy polecam? Zdecydowanie tak. Warto przeczytać, zadać sobie szereg pytań, zweryfikować poglądy, opinie, a w konsekwencji styl życia… Wreszcie, zmienić coś – na miarę swoich sił, choćby w mikroskali. 

Może mogę coś samemu wyhodować, albo nawiązać kontakt z lokalnym rolnikiem? A gdyby tak choć czasem świadomie (i być może nawet z żalem) zrezygnować z mięsa, kawy, czekolady, awokado, bananów, oleju kokosowego i cukru trzcinowego? Jaka jest cena żywności i innych dóbr, które konsumujemy? Kto realnie za to płaci? Czy faktycznie ekologiczne i etyczne jedzenie jest drogie? Czy gotowanie zajmuje tyle czasu i jest tak męcząco pracochłonne? Jak będzie wyglądał nasz świat jeśli zgodzimy się na współczesny porządek rzeczy? 

8 komentarzy:

  1. Bardzo mnie zaciekawiłas. Myślę że problem tkwi w nadmiarze i nieumiarkowaniu. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, skądinąd jeden z grzechów głównych😏, to wielki grzech cywilizacji zachodniej. Jemy i w ogole konsumujemy za dużo, a z jednocześnie za mało pomagamy. Fajnie tez, jeśli nadmiar pieniędzy idzie w rozwój kultury i sztuki, nauki, architektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdania na temat tej książki są podzielone, ale moim zdaniem przeczytać warto. Nie zrażać się długością lektury i irytacją, która może pojawić się w środku.

      Mnie zmotywowała do jeszcze ekologiczniejszego i bardziej świadomego życia. Utwierdziła w przekonaniu, że warto jeść sezonowo i lokalnie, nie poddawać się modzie i wydgodzie smartfonowo-samochodowej, samodzielnie uprawiać warzywa, dbać o innych ludzi i ekosystem, albo chociaż im nie szkodzić... Rozważam też rezygnację z czekolady... Zobaczymy, bo to moja największa jedzeniowa słabość...

      Usuń
    2. Oj moja też... a olej kokosowy tak wychwalany, przeze mnie też? Chyba niesłusznie. Jednak lokalnie jest najbardziej zero waste.

      Usuń
    3. Też wychwalałam olej kokosowy. Ale potem uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie wiemy jak on jest produkowany, jakim kosztem. Pomyślałam sobie, że jakby wszyscy przeszli z oleju palmowego na kokosowy, to pewnie wyszłoby na to samo... I nabrałam dystansu do wszelkiego pożywienia z daleka...

      Usuń
  2. Podobnie jak Kornelia uważam, że problem tkwi w nadmiernej konsumpcji "ludzi Zachodu" oraz w niezrozumiałej dla mnie odgórnej polityce międzynarodowej. Niestety lepiej jest zatopić żywność w oceanie niż przekazać ją potrzebującym:(

    OdpowiedzUsuń
  3. witam, zaciekawiłaś mnie recenzją tej książki. w pewnym momencie podczas lektury Twojego tekstu pojawiły się u mnie nawet łzy. wrzuciłam na listę ulubionych i dziś zamówię, choć zobaczyłam ile ma stron :/ czy ja przez to przebrnę? czy mnie nie przytłoczy? czy nie lepiej żyć w nieświadomości skali tego problemu? a tak poza tym to dodam, że wpadłam tu na tego bloga wczoraj w związku z moją ulubioną książką "Brudna robota" i chyba zostanę tu na dłużej. bardzo mi się tu podoba :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka jest raczej z tych cięższych i smutniejszych... :(

      Usuń