czwartek, 17 maja 2018

Recenzja książki "Wilczyca" autorstwa Nate Blakeslee.

O recenzencki egzemplarz "Wilczycy" poprosiłam wydawnictwo Otwarte. Liczyłam na  rzetelną reportersko-przyrodniczą opowieść o wilkach oraz relacjach człowieka z tym dużym drapieżnikiem. Nie zawiodłam się!





Książka opowiada o reintrodukcji wilka do Parku Narodowego Yellowstone w Stanach Zjednoczonych i konsekwencjach tego przedsięwzięcia. Wilcze przygody śledzimy niejako oczami tytułowej wilczycy, której nadano imię Szóstka. Jednak jej historię poznajemy nie tylko z perspektywy dziejów wilczej watahy, ale także pracowników parku, naukowców, turystów oraz ludności zamieszkującej okoliczne miejscowości, w tym myśliwych - okazuje się, że każdy patrzy na powrót wilków w te tereny w nieco inny sposób. Dowiadujemy się też wiele o prawach zwierząt i prawnej ochronie środowiska (albo jej braku) w USA.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Kwiecień 2018, eksplozja ciepła i zieleni.

Kwiecień zaskoczył nas słońcem, ciepłem i zielenią. Nie padało praktycznie cały miesiąc. Korzystaliśmy więc z pogody i pracowaliśmy całymi dniami na świeżym powietrzu. 

Bocian nad stawem.
Beskid się zieleni.
Kwiaty tarniny! Pachną obłędnie.

czwartek, 19 kwietnia 2018

"Co ono je?", czyli migawki z talerza wegetariańskiego niemowlaka.

Chciałabym pokazać jak apetyczna i urozmaicona może być dieta wegetariańskiego niemowlaka. Nawet, gdy czas rozszerzania jadłospisu przypada zimą, a maleństwo ma tylko dwa zęby.



Post nie stanowi porady dietetycznej. Nie wiem, czy pomoże w czymkolwiek rodzicom alergików, niejadków czy dzieci cierpiących z powodu chorób metabolicznych. Ma być raczej próbą fotograficznej odpowiedzi na liczne głosy, brzmiące mniej więcej tak:
- Nie dajesz mu mięsa! To co ono je?!

środa, 11 kwietnia 2018

Wiosna!

"Choć ludzie, którzy w kilkaset tysięcy skupili się na niewielkim obszarze, starali się, jak tylko mogli, zeszpecić tę ziemię, na której się tłoczyli, choć wbijali w nią kamienie, żeby nic na niej nie rosło, choć wydzierali z niej każdą kiełkującą trawkę, choć dymili węglem kamiennym i naftą, choć obcinali drzewa i płoszyli wszystkie zwierzęta i ptaki - wiosna była wiosną, nawet i w mieście. Słońce grzało, trawa powracając do życia, rosła i zieleniła się wszędzie, gdzie jej nie powyrywano, nie tylko na trawnikach bulwarów, ale i między kamiennymi płytami; brzozy, topole, czeremchy rozwijały swe lepkie i wonne liście, pękały nabrzmiałe pączki lip; kawki, wróble i gołębie wiosennym obyczajem radośnie słały już sobie gniazda, a muchy brzęczały u ścian, przygrzane słońcem. Wesołe były i rośliny, i ptaki, i owady, i dzieci. A ludzie - dojrzali, dorośli ludzie - nie przestawali oszukiwać i męczyć siebie i innych. Ludzie uważali, że święty i ważny jest nie ten wiosenny poranek, nie to piękno świata bożego, dane dla szczęście wszystkich istot - piękno, które usposabia do pokoju, zgody i miłości, ale święte i ważne jest to, co oni sami wymyślili, żeby panować jedni nad drugimi."


Cytat pochodzi z książki "Zmartwychwstanie" Lwa Tołstoja. Wydanej w 1899 roku!


sobota, 31 marca 2018

Marzec 2018. Wiosno! Gdzie jesteś?

Marzyłam o cieple, pracach w grządkach, rowerowych przejażdżkach i zieleni. Marcowa aura jednak wciąż płatała nam figle. Ledwie śnieg się stopił, spadł nowy. Raptem błoto nieco obeschło, znów pojawił się deszcz. Poranne słońce szybko zmieniało się w ponurą szarugę dnia. Cieszę się, że ten miesiąc już minął. Że przedwiośnie, czas który znoszę najgorzej, jest za nami. Że będzie raczej cieplej i bardziej zielono. I że... mimo wszystko, udało się coś tego marca zrobić, do czegoś zmotywować.

7 marca, rzeczne lody i roztopy.



Początek miesiąca spędzałam w przy piecu lub brnąc w śnieżnych koleinach. Dzień Kobiet przyniósł nadzieję na roztopy, a w połowie marca, z pomocą koleżanki, zrobiłam porządek w foliaczku (czyli foliowym tunelu na uprawy). Kilka dni później zamiast siać szpinak szalałam z siostrzeńcami na... sankach! Pomimo kapryśnej pogody kładka przeżyła roztopy i ulewy.


Na zewnątrz ciągnęło nas wszystkich. I mimo zmęczenia wynikającego z przedzieraniu się przez śniegi, targaniu roweru z przyczepką po pośniegowej plusze i brnięciu w błocie starałam się motywować do wychodzenia z domu. Uszyłam dziecku nieprzemakalne spodnie i robiąc rozsady lub kucharząc na powietrzu pozwalałam mu zwiedzać okolicę...

piątek, 30 marca 2018

Domowy majonez z aquafaby i ziemniaka.

Czas na wspomnienie z dzieciństwa. Bo majonez kojarzy mi się ze świętami i z mamą. Mama zawsze kręciła własny, a na koniec dawała nam pałki miksera do oblizania i kazała spróbować, czy dobrze doprawiła.

Czasem zabierałam majonezowe kanapki do szkoły... I wiecie co? Niekiedy ponad połowę zjadały mi koleżanki!


W końcu zrobiłam swój. Roślinny majonez doskonały! Z wody spod ciecierzycy. Z dodatkiem ziemniaka. Bo mama zawsze dodawała gotowanego ziemniaka!


niedziela, 25 marca 2018

Recenzja książki "Nieznane więzi natury" Petera Wohllebena.

To już trzecia książka niemieckiego leśnika, która wpadła w moje ręce. Po lekturze "Sekretnego życia drzew" oraz "Duchowego życia zwierząt" po cichu czekałam na więcej. Doczekałam się!


"Nieznane więzi natury" to książka o współzależnościach w świecie przyrody. O tym, jak skomplikowane są ekosystemy i jak istotny jest każdy, nawet najdrobniejszy, ich element - niedostrzegalny ludzkim okiem. Peter Wohlleben porównuje naturę do mechanizmu zegarowego pełnego masy niezbędnych trybików i malutkich części:
Wszystko jest tu przejrzyście uporządkowane i zazębia się ze sobą, każde stworzenie ma swoje miejsce i swoją funkcję. (...) Miałem może z pięć lat i podczas wakacji odwiedziłem dziadków w Wurzburgu. Dziadek podarował mi stary zegarek. Natychmiast rozłożyłem go na części, bo żywo mnie interesowało, jak też on działa. Mimo że byłem święcie przekonany, że potrafię go złożyć z powrotem i znowu zacznie chodzić, nie udało mi się to - w końcu byłem małym brzdącem. Po ukończeniu zadania zostało kilka trybików. (...) Czyż natura nie jest bardziej skomplikowana niż mechanizm zegarowy? W końcu w przyrodzie nie tylko jeden trybik zazębia się z drugim, lecz wszystko jest jeszcze dodatkowo powiązane ze sobą niczym w sieci. Ta zaś jest tak gęsto rozgałęziona, że chyba nigdy nie uda nam się jej ogarnąć w całej rozpiętości. To zresztą dobrze, bo dzięki temu świat roślin i zwierząt stale może nas zadziwiać. Musimy tylko koniecznie pamiętać o tym, że nawet drobne ingerencje pociągają za sobą poważne skutki, i dlatego lepiej trzymać się z daleka od spraw natury, jeżeli nasze działania nie są naprawdę niezbędne.

sobota, 24 marca 2018

Recenzja książki "Robótki na paluszkach" autorstwa Barbary Palewicz-Ryży oraz Karoliny Kózka-Wrodarczyk.

We wstępie do książki autorki piszą tak:
W dzisiejszych czasach, kiedy niemal wszystko można kupić w sklepach, tworzenie rzeczy ręcznie, bez użycia skomplikowanych i drogich przyrządów, może wielu osobom wydawać się anachroniczne, a nawet dziwne. W ostatnich latach zdecydowanie rośnie jednak grupa ludzi tęskniących, aby chociaż w ramach hobby powrócić do technik i zajęć naszych dziadków i pradziadków. Rękodzieło powraca - tym razem nie jako jedyny sposób na wytworzenie rzeczy, jak miało to miejsce dawniej, ale jako odskocznia od cyfrowego świata, która daje nam możliwość powrotu do harmonii.
Czy w takiej sytuacji nasze dłonie nie są najwspanialszym i najbardziej dostępnym, a przy tym darmowym narzędziem?

Trudno się z nimi nie zgodzić!


piątek, 23 marca 2018

Recenzja książki "Pasieka Dredziarza" Ewy i Pawła Piątków.

Czytając "Pasiekę Dredziarza" czułam się tak, jakby ktoś zaprosił mnie do przytulnego domu, posadził przy ciepłym piecu, dał coś pysznie miodowego do jedzenia i picia, a potem zaczął snuć wspomnienia... 




O życiowych decyzjach oraz idących za nimi codziennych zmaganiach, sukcesach i porażkach, nadziejach, radościach, problemach i smutkach. Wreszcie, a może przede wszystkim, o swoich ukochanych pszczołach.

środa, 28 lutego 2018

Luty 2018, czyli wielka tęsknota za latem.

Jak fajnie, że luty dobiega końca! Marzec brzmi już bardziej wiosennie i mam nadzieję, że w tym roku nie będzie tylko tak brzmiał. Zima mnie zmęczyła. Co tu kryć, mam jej dość, czekam na świat bez śniegu i mrozu. Przejście do tego świata może się co prawda skończyć życiem bez kładki, ale już chyba wolę pokonywać dziesięć metrów rzeki w spodniobutach, niż brnąć przez łąki lub/i lasy po kolana w białym puchu...

Piękna droga przez las nad naszym domem. Niestety w tym roku padło na niego i połowa drzew została lub będzie wycięta. Pocieszamy się myślą, że po tych zabiegach leśnicy dadzą lasu odpocząć na wiele lat.