czwartek, 28 lutego 2019

Luty 2019 - dużo pracy, trochę oddechu.

Luty to miesiąc, z którym jako wielbicielka lata, ciepła i słońca zazwyczaj mam problem. W tym roku chciał chyba przekonać mnie, że nie jest taki zły - przyniósł odwilż, ciepły wiatr i zapach wiosny.


Ostatni zjazd na sankach z górki pod domem.

Śnieg, który zalegał i powiększał swoją pokrywę przez wcześniejsze miesiące, topił się równo cztery tygodnie. Był to bardzo powolny proces, bo zima próbowała wracać. Straszyła zawiejami i zamieciami, atakowała ostro, ale w ogólnym rozrachunku nieskutecznie. Czy już koniec najzimniejszej pory roku? Zobaczymy w marcu. Póki co cieszę się tym, co było i tym, co się w lutym udało.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Więcej o szklarni.

W maju zeszłego roku chwaliliśmy się własnoręcznie wykonaną szklarnią i opisaliśmy z grubsza jak ją wykonaliśmy. Te informacje możecie znaleźć na blogu w poście "Zróbmy szklarnię samodzielnie!"


Przyszedł czas, by podsumować wrażenia z jej użytkowania, przedstawić obiecywany kosztorys, zastanowić się nad tym co można było zrobić lepiej i dlaczego, a przy okazji odpowiedzieć na wiele pytań, które się pojawiły. Napisania takiego artykułu podjął się mój mąż, za co serdecznie mu dziękuję, a Was zapraszam do lektury.







czwartek, 7 lutego 2019

Lasy...

–  Życzyłeś sobie panie porozmawiać o naszych lasach – mówił przyciszonym głosem pan Wuqua, pośpiesznie i zerkając niecierpliwie na tłumacza. – Chcąc przygotować się do tej rozmowy, potkałem się ze znającym się na rzeczy uczonym starcem. Powiedział mi, że nasz czcigodny mędrzec Mencjusz pisał o ludziach karczujących lasy pod uprawy, wypalających trawy i zioła, ścinających nieustannie drzewa, dzielących ziemię między siebie i orzących ją. Już w czasach Mencjusza w Chinach żyło wielu ludzi i byli oni ubodzy. A człowiek musi jeść albo umrze. Potrzebuje podpałki, żeby ugotować ryż. Więc ścina drzewa.  – Promień słońca dotknął czubka czarnego jedwabnego pantofla pana Wuqui. – Jesteśmy krajem rolniczym. Rozumiecie więc, panie, że parcelacja gruntu stanowi podstawę naszej gospodarki i rządów. 
–  Zatem lasów ubywa? 
– Trudno orzec, gdy ludzie sadzą lasy i drzewa: bambus, sosnę, dąb i inne cenne gatunki na lakę i żywicę. Musisz pamiętać panie, że jeśli ubywa lasów, przybywa upraw, pożywienia, pieniędzy i ludzi, a także zadowolenia. 
Duquet  skinął głową, choć nie wiedział, skąd bierze się zadowolenie w tej recepturze. 
– Ale lasy ścinamy też z innych powodów, panie, niż powiększanie ziem ornych. Czy słyszałeś panie o czterech skarbach mędrca? 
– Nie, obawiam się, że nie. 
– Chiny to kraj mędrców, poetów i kaligrafów – oznajmił pan Wuqua. – A ich cztery skarby to pędzelek, papier, tusz i kamień pisarski konieczny w kaligrafii. Tusz robi się z sadzy powstającej podczas spalania sosen. Wiele sosen musi spłonąć by zaspokoić potrzeby chińskich mędrców. – Promień światła przesunął się na szaty pana Wuqui i spoczął na hafcie jaskrawym paskiem. – A gdy wybucha wojna, drewno jest potrzebne do kucia metalu. Potrzebują go też garncarze i ceglarze, żaden rzemieślnik nie może się obejść bez drewna! Tam, gdzie nie ma lasów, chłopi zbierają trawę, suszą ją i zwijają na podpałkę. W innych miejscach palą zwierzęcym nawozem. – Ściszył głos. – Słowem, brakuje drewna…
– Więc lasy Francji i Chin nie są wieczne! – odezwał się niepocieszony Duquet. – A doszły mnie słuchy, że i w górach Italii nie ma już drzew. 
– Być może, panie. Gdyż nic nie jest wieczne. Nic. Nawet lasy i góry. 
– Skąd zatem ogrody na cześć lasów i puszczy? 
– Nie zapomnieliśmy o lasach wycinając drzewa. Zakładamy ogrody, by przeżywać przyjemne złudzenie puszczy. 
– Ja, czcigodny panie – powiedział Duquet – gardzę ponurym i dzikim borem, choć uznaję las za źródło bogactwa i wygód. Ale nigdy nie założyłbym ogrodu z myślą o lesie. 
– Ma się rozumieć, mój panie. Nie znasz doktryny Tian Ren He Yi, harmonii między człowiekiem a przyrodą. Nie potrafi jej odczuć żaden Europejczyk. Nie zdołam ci wyjaśnić znaczenia tej myśli, gdyż każdy musi pojąć ją sam, ale myśl ta jest wszystkim. 
Duquet uznał, że lasy Chin, Francji i Włoch musiały być liche od samego początku. Głęboko wierzył, że jedyne w swoim rodzaju bory Nowego Świata wszystko przetrwają. Po cóż innego przybywaliby ludzie na ten nietknięty ląd? By cieszyć się wprost oszałamiającą obfitością jego dziewiczych zasobów. 
- powyższy cytat to fragment powieści "Drwale" Annie Proulx


czwartek, 31 stycznia 2019

Styczeń 2019 - toniemy w śniegu.

Śnieg, śnieg, śnieg... Z dnia na dzień coraz więcej śniegu. Próby wydrążenia w śniegu tuneli, by połamać łopatę lub już po kilku godzinach znów tonąć w zaspach. Styczeń zapamiętam jako walkę ze śniegowym żywiołem. Podchodzenie pod dom z rowerem, dzieckiem i zakupami przerosło mnie. Samo pchanie roweru przez śnieg okazało się wyzwaniem. Zapadaliśmy się co najmniej po kolana i nawet sanki odmówiły współpracy. Maleństwo chodziło tylko tam, gdzie śnieg udało się skutecznie udeptać. 

Najpierw na nogach przez zaspy, potem rowerem, w końcu autobusem, a potem znów na nogach.
Tym razem wybrałam się do znajomej na Flaszę.
Cerkiew w Kwiatoniu onieśmiela o każdej porze roku.

środa, 16 stycznia 2019

Recenzja książki "Droga" Cormaca McCarthy.

W życiu każdego z nas są takie zdarzenia, o których nie da się zapomnieć, choć najbardziej na świecie chciałoby się to zrobić. W moim osobistym zbiorze przeżyć niezapominalnych jest "Droga". Jedno z niewielu dzieł, które najpierw widziałam w wersji filmowej, a potem, po sześciu latach, trochę chcąc wrócić do tych treści, ale trochę bojąc się znów tych samych obrazów, sięgnęłam po książkę. 







Nie wiemy dokładnie, co się wydarzyło, poznajemy ojca i syna zmierzających na południe, ku morzu. Mężczyzna liczy na to, że w nowym miejscu będzie cieplej i bezpieczniej. Kilkuletni chłopiec marzy o tym, by zobaczyć niebieskie morze, znane mu tylko z książek i opowieści taty. Otuleni łachmanami, ze szmatami na nogach zamiast butów, pchając wysłużony sklepowy wózek z całym swym dobytkiem, wleką nogę za nogą. Zimnu towarzyszy głód i strach przed innymi ludźmi. 

czwartek, 10 stycznia 2019

Recenzja książki "Farba znaczy krew" Zenona Kruczyńskiego.

Na okładce poroże jelenia. Tytuł tłumaczący myśliwski język. Nie czytając można stwierdzić, że to nagonka na pewną grupę społeczną. Odłożyć, odradzać, zapomnieć. Po lekturze nie jest to takie proste.
"Farba znaczy krew" Zenona Kruczyńskiego to osobista historia autora o tym, jak po latach strzelania do dzikich zwierząt został zaangażowanym aktywistą ekologicznym. A także moc wywiadów z osobami mogącymi się wypowiedzieć na temat życia, przekonań i działań ludzi decydujących o egzystencji innych stworzeń na ziemi (nie tylko tych dzikich).

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Grudzień 2018.

Grudzień to ten miesiąc, co do którego mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony oznacza zimę i krótkie dni, których nie znoszę za dobrze. Z drugiej to czas chowania się z książką pod kocem, cieszenia śniegiem, zapachu pierników, rodzinnych wycieczek, podsumowań i refleksji. 

Grudniowa aura codzienna.
Prawie przez cały miesiąc było szaro i śnieżnie. Z trudem zwlekaliśmy się łóżek przez ósmą rano. Przez ponad tydzień męczyło nas przeziębienie. Mimo wszystko cieszę się ze sposobu w jaki przeżyliśmy te trzydzieści jeden dni. 

Trudno mówić o grudniowych ekologicznych przedsięwzięciach czy eksperymentach. Na pewno nie zrobiliśmy nic spektakularnego. Generalnie mąż pracował przed komputerem i na budowie, a ja zajmowałam się domem i od czasu do czasu miałam lekcje. W wolnych chwilach (a z racji świąt było ich wyjątkowo dużo) chodziliśmy na długie piesze wycieczki. 

Można nazwać to nudą i pewnie dla wielu takie życie byłoby średnio ciekawe. Ale czy naprawdę nic się nie działo? Każdego dnia uświadamialiśmy sobie jak bardzo chcemy być tu, w Beskidzie, i mimo wielu przeciwności żyć tak, jak żyjemy. Cieszyliśmy się warzywami z ziemianki. Z entuzjazmem dzieliliśmy się informacją, że zamarzła rzeka. Codziennie rano odprowadzając maleństwo do sąsiadki zjeżdżaliśmy na sankach. Zdarzyło mi się zostawić telefon w kurtce i nie potrzebować go przez ponad dwa dni. Zachwycaliśmy się widokiem lisa, saren lub czapli widzianych przez okno. Delektowaliśmy się smakiem chleba z pieca opalanego drewnem. 

piątek, 30 listopada 2018

Listopad 2018 ze szlifierką w ręku.

To dziwny miesiąc. Rozpoczął się prawie upałami, uraczył nas jeżynami na krzakach, a zakończył kilkoma centymetrami śniegu i zamarzniętą rzeką. Dla mnie był to czas odpoczynku, oswajania ze szlifierkami, ale też prób wyleczenia zapalenia rogówki oczu. 

Radość z liści!
Zamarzająca rzeka. Dwa dni później można było po niej chodzić.


Zapytacie pewnie, jak można w listopadzie wypocząć. Odpowiem, znaleźć opiekunkę dla dziecka! Maleństwo spędzało cztery godziny dziennie u sąsiadki. A ja, choć rzadko kiedy mogłam sobie w tym czasie pozwolić na leżenie z książką, pierwszy raz od kilkunastu miesięcy przemieszczałam się, robiłam obiad, sprzątałam, przygotowywałam lekcje, szłam do lekarza sama, samiusieńka. Ponadto mogłam od czasu do czasu chwycić w rękę szlifierkę i wygładzić trochę desek na ściany. 

czwartek, 15 listopada 2018

Recenzja książki "Jak rowery mogą uratować świat" autorstwa Petera Walkera.

Rower służy mi za główny środek transportu od kilkunastu (sama nie mogę w to uwierzyć) lat. Jest głównym, jeśli nie jedynym, sprzętem sportowym w naszym domu. Na dwóch kółkach przeżyłam (i nadal przeżywam) miłość i przygody życia, chwile szczęścia i ogromnych frustracji. Przejechałam nim więcej kilometrów niż jakimkolwiek innym pojazdem. Tak bardzo wrósł w moją codzienność, że kiedy przez kilka dni na niego nie wsiadam, bardzo mi tego brakuje.

Kiedy jednak dostałam od Wydawnictwa Wysoki Zamek propozycję lektury i recenzji książki "Jak rowery mogą uratować świat"  podeszłam do tego z dystansem. Czyż tytuł nie zabrzmi dla wielu niedorzecznie? Cóż można napisać nowego o rowerach?


A jednak!

Książka Petera Walkera to dziennikarskie śledztwo. Autor opisuje kolejne wady i zalety rowerów, ale nie posiłkując się jedynie swoimi doświadczeniami i odczuciami, a raczej badaniami naukowymi i wiedzą historyczną.

wtorek, 13 listopada 2018

Recenzja książki "Architekci natury, czyli genialne budowle w świecie zwierząt" autorstwa Mario Ludwiga.

Czy wiesz, że Wielki Mur Chiński to nie jest jedyna budowla widziana z kosmosu? Drugą jest Wielka Rafa Koralowa, wzniesiona przez biliony małych koralowców. Okazuje się, że zwierzęta też kopią, murują, sklejają, zszywają i splatają. Tworzą niesamowite budowle bez użycia jakichkolwiek narzędzi. Budują kawalerki, napowietrzne pałace, podziemne metropolie, potężne drapacze chmur, więzienia, kampery. To nie wszystko… Tworzą też meble. Orangutany budują w koronach drzew niebywale wytrzymałe łóżka, które są w stanie utrzymać te prawie 100-kilogramowe ssaki. I robią to prawie codziennie. Zwierzęta budowniczowie są inspiracją dla wielu pokoleń architektów. Nawet klimatyzacja nowoczesnych wieżowców wzorowane jest na pomyśle wykorzystywanym w wieżach afrykańskiego termita.














Mario Ludwig zaprasza nas w fascynującą podróż po świecie architektów i budowlańców innych gatunków. Wkurzasz się na krety, bo twoim zdaniem niszczą trawnik? Boisz szerszeniowego żądła i jadu? Nie wierzysz, że mrówki są w stanie hodować grzyby? Chcesz dowiedzieć w jaki sposób bobry budują szczelna tamy a pająki skuteczne pułapki? Jeśli choć na część pytań odpowiedziałeś: - Tak! - To jest to książka, która może Cię zaciekawić, dostarczyć wielu informacji, zmienić myślenie o zwierzętach, czasem nawet opanować wściekłość lub strach.