niedziela, 31 grudnia 2017

Grudzień 2017.

Zimowa codzienność. Poranne rozpalanie pieca, wygarnianie popiołu i uzupełnianie zapasów drewna. Brnięcie w śniegu lub (częściej) błocie. Radość z każdego promienia słońca, bo ten czas jest u nas wyjątkowo mglisty...




Może dlatego pierwszą połowę miesiąca pamiętam jak przez mgłę. Wypełniło ją dużo pracy i gospodarskich obowiązków. Mało było czasu na rodzinne życie i beztroskie przyjemności. Na szczęście od 20 grudnia mieliśmy urlop, wyczekiwany od miesięcy. Wreszcie mogliśmy dłużej pospać, podzielić się opieką nad maleństwem, pospacerować (a w moim przypadku nawet wyjeździć na rowerze), nacieszyć świętami i obcowaniem z rodziną, odwiedzić lub ugościć przyjaciół... Komputer schowałam do kuchennego kredensu. 

Czy to oznacza, że tylko się obijaliśmy? Cóż, w naszym przypadku to niemożliwe. Udało się jednak wypocząć i zrobić rzeczy, które wlokły się za nami od tygodni. Mąż stworzył regał do łazienki, serwisował rowery, robił antydzieciowe bramki na schodach. Ja skończyłam dzierganie dywanu i wróciłam do szycia na maszynie.

Regał wykonany z dębowych desek. 



Teoretycznie zakończyliśmy też pierwszy etap budowy, czyli konstrukcję ścian i dachu, a przy tym rozliczyliśmy się z pierwszym fachowcem. W praktyce od kilku tygodni czekamy aż ów fachowiec zjawi się, by poprawić kilka szczegółów. Mąż, z pomocą swojej mamy, zrobił na budowie porządek i zaimpregnował więźbę oraz deskowanie na dachu.


Skończyły nam się zapasy samodzielnie wyhodowanych ziemniaków i przetworów pomidorowych. Na stole zagościł za to topinambur.

Słonecznik bulwiasty, czyli topinambur to dość kontrowersyjna roślina. Jedni uważają go za dość inwazyjny, inni polecają w uprawach permakulturowych. Ja od czasu do czasu lubię przekąsić jakiś frykas z jego udziałem.
Zwłaszcza, że warzywo to rośnie jak głupie i jest typowo zimowym przysmakiem. 
Święta spędziliśmy rodzinnie i aktywnie. Trudno się dziwić, że potem wszystko wszystkim smakowało! Było lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć.

Góra Jawor. W pogodny dzień z tego grzbietu rozciąga się piękny widok. Tym razem towarzyszyła nam mgła i plucha.
Po raz kolejny doszłam do wniosku, że kalosze to najlepsze obuwie na beskidzkie szlaki.



W kolejne świąteczne cały śnieg się stopił.
Dzięki temu mogłam podziwiać ukochane omszałe bukowe konary i wypatrywać jeleni oraz saren.

Jaki był ten rok?
Dla mnie pełen wyzwań. Oswajanie się z rolą rodziców, codzienna wielogodzinna praca przed komputerem, uprawa grządek i przetwarzanie zbiorów na zimowe zapasy, nadzorowanie budowy, sadzenie drzew oraz porządkowanie terenu to tylko niektóre tegoroczne obowiązki. Cieszę się, że się nie poddaliśmy i pozostaliśmy wierni naszym ideałom. Że to wszystko koniec końców jakoś się udało, mimo (a może dzięki) życia na uboczu. Jestem dumna, że umiemy wytrwać w postanowieniu o życiu bez samochodu i mimo ciężkiej fizycznej pracy świetnie radzimy sobie także bez mięsa. W 2018 roku, chciałabym produkować jeszcze mniej śmieci, ale będzie to trudne choćby przez wzgląd na budowę. Trzymajcie kciuki!


"Stara chatka" zimą, czyli dom w którym mieszkamy. Widziany zza drzew dolnego zagajnika.

6 komentarzy:

  1. Kochani,dni już dłuższe, ani się obejrzymy i wiosna przyjdzie choć za dużym śniegiem dzieci tęsknią. Uśmiechu na te mgliste dni życzę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana jesteś! A z Twoimi słowami przyszedł do nas śnieg, mróz i słońce! :*

      Usuń
  2. Zycze Wam duzo Milosci i Cierpliwosci, fantastycznie sie czyta o Waszej Rodzince.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciepły wpis, miło się czytało. Może podrzucisz jakieś przepisy na potrawy z topinamburu? Dla mnie to zupełna nowość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Garść przepisów: http://ekoeksperymenty.blogspot.com/search/label/topinambur

      Usuń