czwartek, 7 czerwca 2018

Recenzja książki "Człowiek, który wspina się na drzewa" autorstwa Jamesa Aldreda.

Wspinaczka to nie moja działka. Dwa metry nad ziemią trzęsą mi się kolana. Wolę wędrować dolinami i łagodnymi zboczami lub grzbietami niż wdrapywać się wysoko. Uwielbiam natomiast czytać książki o ludziach zdobywających szczyty wysokich i stromych gór oraz... (jak się okazuje) drzew!


Książkę "Człowiek, który wspina się na drzewa" otrzymałam od wydawnictwa Rebis. Nie wiedziałam do końca, jaki będzie miała związek z ekologią, czy będzie to bardziej pozycja przygodowa czy też przyrodnicza, i trochę bałam się tej lektury.

Znalazłam w niej 
wspomnienia arborysty i dokumentalisty przyrodniczego z jego wspinaczek na drzewa w różnych celach. Najczęściej po to, żeby kręcić filmy przyrodnicze lub etnograficzne. Nie obyło się jednak bez ciekawostek botanicznych i zoologicznych oraz przemyśleń autora dotyczących miejsca człowieka, zwierząt i drzew na naszej planecie.


James Aldred opowiada o swoim życiu zawodowym w sposób niezwykły. Wciągnęły mnie wszystkie przedstawione historie - od pierwszych prób drzewnej wspinaczki, przez wchodzenie na dziewiędziesięciometrowe giganty i noclegi w hamaku na wysokości kilkudziesięciu pięter nad ziemią, po próby biernej obrony przed rozwścieczoną harpią. Oczarował profesjonalizm, pokora i skromność autora.
Spotkanie twarzą twarz z orangutanem dwadzieścia pięter ponad dnem lasu deszczowego jest przeżyciem, które uczy pokory. Ale gałęzie bardziej swojskich drzew są dla mnie - i zawsze były - równie fascynujące. Wciąż doskonale pamiętam delikatną, prześwitującą zieleń pierwszego pasikonika, którego zobaczyłem w koronach New Forest, zdumiony, że zeskakuje on z liścia i opada w pustkę z niewiarygodnie długimi czułkami rozłożonymi na boki jak ramiona maleńkiego skoczka spadochronowego.
Wspinaczka drzewna i spojrzenie na świat z wierzchołków roślinnych olbrzymów dają bardzo ciekawą perspektywę. Dowiedziałam się jak bogate jest życie w koronach drzew (dla mnie to coś zupełnie nowego).
Piętro koron wokół mnie było jedną wielką potarganą masą paproci, bromelii i storczyków rosnących jedne na drugich niczym jedna wielka rafa koralowa. Gałęzie drzewa dosłownie kipiały życiem - jeden wielki kipiący ogród wznoszący się warstwowo niczym jeden wielki blok mieszkalny. Każdy wolny skrawek przestrzeni miał lokatora: owady, pająki, jaszczurki, węże oraz milion innych stworzeń wiodących życie piętnaście pięter nad ziemią. I mimo nieustannego deszczu uwielbiałem każdą spędzoną tu chwilę. 
Przemoczenie, uwalanie błotem, pogryzienie przez mrówki, pokąsanie przez osy oraz cała reszta to cena jak najbardziej warta zapłacenia za to, by móc wisieć na linie czterdzieści pięć metrów nad ziemią, otoczony przez dziesiątki mieniących się barwami kolibrów, które spijają nektar z kwiatów i unoszą się tuż przy twojej twarzy, spoglądając Ci w oczy. Widzieć cały okap lasu odbity w ciemnym lśniącym oku opalizującego ptaszka nie większego od kciuka było najlepszym prezentem na dwudzieste szóste urodziny o jakim mógłbym zamarzyć.
Żałuję, że mam lęk wysokości, bo po takiej lekturze chciałoby się usiąść na czubku najwyższego drzewa w okolicy lub spędzić noc w jego ramionach, na co pewnie nigdy się nie odważę. Czuję jednak, że do tej książki jeszcze powrócę, a gdy dzieci podrosną chętnie dam im do przeczytania, bo bardzo inspiruje do znalezienia swojej pasji i nietypowej działki w temacie ochrony środowiska oraz stania się w tym ekspertem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz