sobota, 29 lutego 2020

Styczeń i luty 2020

Początek 2020 roku był dla mnie czasem trudnym. W końcu przyszła zima. Niezbyt mroźna, niezbyt śnieżna, ale jednak. Z dnia na dzień pchaliśmy codzienność do przodu. W jej pozytywnym przeżywaniu ratowały nas sanki, rowery, proste domowe aktywności i niezbędne krzątaniny.

Odśnieżanie tarasu.
Zabawy na zamarzniętym stawie.
Widok z okna i bałwan.
Sanki umożliwiły nam śnieżne spacery, na których dorosłym bardzo zależało, a przeciw którym szybko buntowały się nogi naszego dziecka. To w lesie, na łąkach i szlakach. Na drogach asfalt był czarny, więc spokojnie mogliśmy przemieszczać się rowerami.

Na łąkach biało, ale nie były to jakieś wielkie zaspy. Jezdnia pozostawała czarna. Kilka dni po zrobieniu tego zdjęcia udało się całkowicie odśnieżyć kładkę i zmienić fotelik na przyczepkę.
Pamiętam dokładnie ten spacer. Był przełomowy! Z walki o to, by się ubrać, prób przekonywania dziecka, żeby dreptało samodzielnie, zamienił się w przyjemność. Wystarczyły sanki, koc i mąż. Potem, póki śnieg nie stopniał, chodziliśmy tak co najmniej raz w tygodniu. Kiedyś pokonaliśmy z sankami 8 km, z obiadem w restauracji po drodze.
Aby z naszego domu dostać się do sąsiedniej wsi z punktami usługowymi, trzeba: zejść lub zjechać na sankach polną drogą, wyciągnąć ze szklarni rower i przyczepkę, przejechać kawałek po płaskim, przejść przez kładkę i popedałować prawie cztery kilometry po asfalcie. Z powrotem to samo, tylko w drugą stronę… Co jest najtrudniejsze w takich dojazdach, w byciu rowerzystą i pieszym? Oberwać chlustem zimnej i brudnej wody z kałuży. Dziś zdarzyło nam się to przy czekaniu przed przejściem dla pieszych. Maleństwo dostało po twarzy, ja miałam przemoczone spodnie. Ja byłam wściekła. Maleństwo najpierw się rozpłakało, potem zaparło, że przez ulicę dziś nie przejdzie, a następnie… każdy samochód, który nas mijał i nie opryskał, komentowało tak: – Ooo! A to auto nas nie ochlapało! I ta ciężarówka też nie! Mamo! Ten autobus nie chlapie!
Gdybym miała czas i swobodę, mogłabym chodzić i chodzić! Przez lasy, pola, łąki, drogi, śniegi...



W lutym to przemieszczanie stało się szczególnie ważne, bo dziecko poszło do przedszkola. Powitaliśmy tę zmianę z obawą, jak to będzie, ale też radością. Okazało się, że dziecko zakochało się w tym miejscu i chodziło tam z WIELKĄ OCHOTĄ. My cieszyliśmy się z przymusu codziennego ruchu, ponieważ od kiedy przeprowadziliśmy się w Beskid, pracujemy z domu i przez ponad cztery lata brakowało nam bardzo rowerowych dojazdów do pracy. Czasu na przewietrzenie się, przełączenie z trybu dom na tryb praca, regularnego niezbyt intensywnego pedałowania lub chodzenia i załatwiania spraw sklepowo-urzędowych przy okazji.

Powrót z przedszkola, ostatni odcinek. Dziecko śpi na sankach, a ja powoli ciągnę je pod górę.
Powrót z placu zabaw. To samo miejsce, co na zdjęciu powyżej. Miesiąc później, po roztopach, a raczej między kolejnymi śnieżycami.

Rozpoczęcie przedszkola uświadomiło mi dwie ważne rzeczy:
  • Choć staram się przebywać i rozmawiać z różnymi ludźmi, żyję w pewnej bańce, proekologicznym środowisku. Tam zetknęłam się z oczywistością dowożenia dzieci autem i samochodowym tłokiem przed placówką, plastikiem, jednorazowością i cukrem.
  • Dzieci chodzące do przedszkola, szczególnie te najmłodsze, często chorują. U nas nie przyjmuje się dzieci z jakimikolwiek objawami choroby. 
Dużo czasu spędzałam więc z dzieckiem sama. W domu i na zewnątrz. Próbując godzić pracę, codzienne obowiązki, opiekę nad zakatarzonym maluchem i fakt, że jestem w zaawansowanej ciąży. Czasem dni mijały spokojnie, niekiedy miałam ochotę chodzić po ścianach i reagowałam alergicznie na kolejne pytanie "Dlaczegooo?".

Ratowały nas książki, klocki, lepienie z modeliny, topienie lodu, wycinanki z papieru kolorowego, zabawy papierem toaletowym, układanie słów z liter wyciętych z kartonu... Powiesiłam hamak nad łóżkiem w sypialni. Odwiedzaliśmy okoliczne biblioteki i spotykaliśmy z sąsiadami. Robiliśmy zimowe ogniska z pieczonymi jabłkami i grzankami. 

Sortowanie kolorów i konstruowanie!



Stary bawełniany obrus z wyprzedaży garażowej. Pięć metrów linki ze sklepu gospodarczego w sąsiadniej miejscowości. Piętnaście minut przy maszynie. I jest! Wymarzony HAMAK! Zrobiłam go na wiosnę, ale w lecie nie było za bardzo czasu i okazji z niego korzystać.  Żeby dziecko mogło bezpiecznie gramolić się w te i z powrotem. Samo wchodzić i huśtać. Zabawa nie ma końca!

Lodowe góry i klockowe rybki. Czyli zabawy z wodą.


 Mamo! Jaka to literkaaaa?
 Mamo! Jak się pisze "chleb"?
 Literka "p" jak cooo?
Żeby zwizualizować moje tłumaczenia wycięłam litery z grubszych kartek i spakowałam do pudełeczka po jakiejś przesyłce. 

Wystarczy kawałek kolorowego papieru i mamy każdy możliwy wymarzony pojazd!


Modelina nie jest najbardziej ekologiczną masą plastyczną, ale dla mnie ma wystarczająco wiele zalet. Jest wielorazowa, nie brudzi, nie pleśnieje (jak domowe masy), nie schnie (jak kupne ciastoliny), nie śmierdzi (jak plastelina). Można z niej ugotować lub wypiec wyjątkowo udane twory.



Zimowe miesiące to dobry czas na testowanie różnych wegańskich przepisów i wspólne gotowanie z dzieckiem. Tak się złożyło, że na zdjęciach uwieczniłam sporo dań z warzyw udających mięso i ryby. Nie są to częste potrawy w naszym domu, może dlatego fotografowałam akurat je?

SALAMI? Nie! To burak. Pokrojony w cieniutkie plasterki, kiszony kilka tygodni z czosnkiem i solą. Zakwas zużyłam do świątecznego barszczu. A pozostałości? Podsmażam i używam do pizzy, lasagne, sałaty... Jeśli brakuje Wam mięsnego posmaku, można go leciutko (ale naprawdę leciuteńko) posypać wędzoną papryką przed smażeniem. Smakuje obłędnie!

Niespodziewane 3 kg twarogu znalezione na klamce drzwi wejściowych, czyli dzień robienia pierogów. Nie jest to moja ulubiona rozrywka, szczególnie z małym dzieckiem, przy którym trzeba się nawałkować 15x bardziej, bo kółeczka lubią znikać ze stolnicy i zamieniać się z prędkością światła w bałwany, traktory, siano i inne dziwne rzeczy, zanim zdążę napełnić je farszem. Ale... jeśli potraktować tę aktywność jak zabawę łatwiej mi się z nią pogodzić! 

Porowe placki, zapiekanka buraczano-pietruszkowa i chrupiąca sałatka. Z naszych jarzyn, które dzielnie zimują w piwniczce i z tych kupnych. Lokalnie i globalnie. Sezonowo i nie. W każdym razie pysznie i wegańsko! A ja rozmyślam o tym, jak wyhodować sałaty i inne zieleniny przyszłej zimy samodzielnie... Bo przyznam szczerze tych, brakuje mi ponurą porą najbardziej. Może nawet porwę się nie tylko na zieleniny (do pomidorków koktajlowych też mam słabość).

Tarcie bułki do wegańskich nuggetsów z boczniaka według "Nowej Jadłonomii". Panierka z przepisu Marty Dymek wyszła OBŁĘDNIE! Same boczniaki jadłam pierwszy raz od ponad 20 lat. 

Moja domowa piekarnia, czyli chleb i owsiane ciastka... Takie pyszności przechowuję w lnianych workach i ściereczkach.
Seleryba! Gdyby nie sałatka, obiad bardzo sezonowy, jednak mało lokalny, bo glony pochodzą dalekiej Azji.
Drożdżowe racuchy z jabłkami.

Skonstruowałam drugi upcyklingowy wózek i marzyłam o tym, by odrestaurować drewnianą zabawkę z dzieciństwa. Niestety warunki pogodowo-temperaturowe nie pozwalały na pomalowanie rozebranych i odczyszczonych części, a do domu nie chciałam sprowadzać bałaganu i zapachu lakierobejc, więc poczekam z tym na cieplejsze i bardziej słoneczne miesiące.

Zabawka mojego dzieciństwa, zwana wtedy "kabiną". Z siostrą szalałyśmy za nią i na niej! Choć nie pamiętam, co w niej woziłyśmy, to doskonale utkwiły mi w głowie odpadające koła... Mama wygrzebała ją z piwnicy i przywiozła mi do renowacji. Choć teraz nie prezentuje się okazale, to materiał, z którego została wykonana pozwala ją naprawić.

Mąż zrobił do piwniczki półkę na wina i drugą półkę do sypialni, na książki. Dzięki temu udało się zwolnić regał i zorganizować minimum powierzchni do przechowywania ubranek i akcesoriów dla noworodka, który pojawi się naszym domu w marcu. W wolnych chwilach kompletowałam wyprawkę (udało się to w całości z drugiej ręki), robiłam porządki, myłam okna, szyłam i naprawiałam zepsutą odzież. 

Szycie na wiekowej maszynie, która wciąż niezawodnie działa to sama przyjemność!
Koszula, w która trafiła do naszego domu jako zabezpieczenie przesyłki. Firanka, którą pamiętam z dzieciństwa. Sznurek T-shirtowy. Trzy poranki przy nożyczkach, maszynie i agrafce. I jest! Zestaw woreczków dla mojej jogowej koleżanki, z którą raz na miesiąc widzę się w Beskidzie na warsztatach. Materiały starałam się kroić tak, żeby nie było strat i wyszedł z tego przekrój rozmiarów. Najmniejsze woreczki przydają się na przykład na garść pomidorków koktajlowych lub bakalii.





Jakoś wyjątkowo świadomie i uważnie oddawałam się testowaniu idei pożyczania i współdzielenia. Dostawałam paczki z rzeczami po naszym dziecku, które przez jakiś czas służyły znajomym i przedmiotami, które oni, chcieliby nam pożyczyć. Chodziliśmy do bibliotek oraz na place zabaw. Wymienialiśmy się zabawkami i książkami z sąsiadami.

Wnętrze paczki, którą dostałam od mojej bezśmieciowej idolki Ani, mieszkającej w Czechach! Kilka z tych rzeczy pożyczyłam jej 1,5 roku temu. Część ona właśnie mi wypożycza na najbliższy rok. Niektóre są nowe, ale wielorazowe i bardzo nam się przydadzą!

Malutkie dzieci to wdzięczne obiekty bycia obdarowywanym. Mało kto wybiera się w gości do rodziny z małymi dziećmi bez książeczki, pluszaka, klocków, autka, układanki, materiałów plastycznych, innego zabawkowego gadżetu i słodyczy. Miałam i mam z tym problem. Z jednej strony jest we mnie bunt przeciwko temu trendowi, z drugiej świadomość, że rzeczy materialne wpisały się w naszą kulturę bardzo głęboko i stały sposobem na wyrażanie uczuć. W pewien sposób odbieram więc babciom, ciociom i innym bliższym lub dalszym nam osobom radość z dawania, a maleństwu otrzymywania. Ale gdy tylko o tym pamiętam, kiedy ktoś pyta, czego potrzebujemy, staram się konsekwentnie informować, że butelka oliwy lub kilka pomarańczy przyda się naszej rodzinie dużo bardziej niż przedmioty do zabawy. A "nic" znaczy "nic" i czasami też jest rozwiązaniem. Julia Wizowska z bloga Na nowo śmieci napisała świetny artykuł o przesycie pluszakami. Ja odnoszę go do całego "przemysłu" zabawkarskiego. Ach, jak mi się marzy, by przeczytał go każdy, zanim zaopatrzy się w walentynkowego misia z serduszkiem, w aptece sięgnie po krem z kolorowym, miękkim stworkiem w gratisie, a do domu znajomych pomaszeruje z zabawką dla malucha, nie konsultując tego z jego rodzicem. Wiecie, ile średnio służą dzieciom zabawki, po jakim czasie się nudzą, więc są opychane w domowych schowkach i co się z nimi dzieje kiedy w końcu trafią do śmieci? Warto przemyśleć każdy wybór, upewnić się, czy jakakolwiek rzecz jest rzeczywiście POTRZEBNA, kupować używane oraz trwałe przedmioty, którymi można się dzielić, wymieniać, pożyczać... Na zdjęciu maleństwo buduje "łódki" z rurek konstrukcyjnych, które kilka dni temu pożyczyliśmy od sąsiadów. W ciągu ostatniego miesiąca wydelegowałam z domu zestaw drewnianych sorterów i w sumie kilkanaście książek innym rodzinom z dziećmi. Cieszymy się tymi czasowymi wymiankami, jak głupi – każdy przyznał, że to najfajniejsze rozwiązanie, a oddamy sobie, gdy się obczytamy i wybawimy!


Biblioteka! Kocham miejsca, w których można pożyczyć książki na jakiś czas i zwrócić je po przeczytaniu. Miejsca, do których można zanieść niepotrzebne, ale wartościowe lektury. Uwielbiam to szperanie w regałach, rozmowy z paniami bibliotekarkami, ten zapach… Teraz mogę chodzić do niej bardzo często, bo jest w tym samym budynku, co przedszkole! I choć nie ma tam mojego wymarzonego księgozbioru, to następna biblioteka, z imponującymi zasobami, znajduje się 14 km dalej i można tam dojechać autobusem w 15 minut, z przedszkolnego przystanku. Co więcej, do wszystkich powiatowych bibliotek wystarczy jedna i ta sama magnetyczna karta, a w każdym oddziale można wypożyczyć... 25 książek!
Plac zabaw. Kolejne miejsce wspólne. Miejsce, o które można dbać razem i na których można się bawić na podobnych zasadach. Na wsi, wśród ogrodów pełnych dziecięcych akcesoriów, trampolin i domków, ku mojej rozpaczy, odwiedzane rzadko, puste, zaniedbane...

Starałam się nas rozpieszczać. Zwykle sprowadzało się to do wracania z plecakiem przeładowanym książkami i zajadania pomidorkami koktajlowymi.

Małe (a może wielkie?) przyjemności, czyli opowieść o odpuszczaniu i konsekwencji, ekologii oraz kompromisach, czyli stos książek z biblioteki, chrupiące bułki i pomidorki koktajlowe w środku zimy. Wszystko przewiozłam na rowerze i przyniosłam do domu na własnych plecach. Postarałam się o to, żeby nie produkować przy tym śmieci. Ale... to pieczywo z dużym prawdopodobieństwem miało w sobie olej palmowy, a pyszne czerwone kuleczki, choć pochodzą z Polski (tak przynajmniej pisało na kartce z ceną), to jednak z sezonowością i oszczędzaniem energii mają mało wspólnego.
Przyjemności, słabości i rzadkie konieczności: stosy książek z biblioteki (dla dziecka i mnie), pomidorki koktajlowe i krówki w prostym składem zważone w firankowych woreczkach, owoce i warzywa kupione luzem (w tym przekąskowy banan na wieelki głód, po części skonsumowany po drodze), chleby kupione do własnego worka, herbata rumiankowa, puszki fasoli na czarną godzinę, ciucholandowe spodnie marki #nieszkoda do podłogowych zabaw dziecka. Cieszę się, że nawet z dziećmi na pokładzie i mieszkając na wsi, da się takie sprawunki ogarniać dość ekologicznie, bezśmieciowo i na rowerze.





Luty to najlepszy czas, by zastanowić się nad ogrodniczymi planami na najbliższe miesiące. Co chcemy uprawiać? Jakie rozsady przygotować samodzielnie? Gdzie je trzymać? Kiedy wsadzić? Czy chcemy mieć przedplony i poplony? Czy mamy czas i przestrzeń na eksperymenty? Jakich sprzętów, doniczek i narzędzi będziemy potrzebować? A wreszcie: JAKIE KUPIĆ NASIONA?

Stworzyliśmy listę planów na wiosnę i lato. Jest skromniejsza niż dawniej. W tym roku nie porywamy się ani na specjalną różnorodność, ani na eksperymenty - chcemy po prostu jeść swoje warzywa. Te rozsady i jarzyny, które notorycznie nam nie wychodzą, zdecydowaliśmy się kupić. Zrezygnowaliśmy też z upraw rzeczy, które jadamy rzadko.

Przekopaliśmy i podlaliśmy nieco ziemi w szklarni, wreszcie nastawiliśmy pierwsze rozsady - papryki. 

Nasze lutowe okno i kawałek kuchennego stołu. A na nim doniczki z ziemią i nasionami papryk oraz drzewko KARI - jedyny kwiatek domowy, którego jeszcze nie zabiłam (nie mam do nich ani ręki, ani serca), choć próbowałam (wyrzuciłam zeszłej wiosny podeschniętą roślinę na pryzmę kompostową), ale mąż uratował i pod starym drzewkiem wyrosły dwa młode.
Nasza szklarnia w lutym, pełna malutkich szpinaków. 
Proekologiczną codzienność próbuję opisywać regularnie. Kliknij tutaj, by zobaczyć jak wygląda nasze życie miesiąc po miesiącu, od kiedy przeprowadziliśmy się do małej wsi w Beskidzie Niskim, czyli od ponad czterech lat!

10 komentarzy:

  1. Jak zwykle bardzo aktywnie i pracowicie! :) Zdjęcia Maleństwa cudne-zwłaszcza to z łopatą i w kasku na rowerze :) Przypomniały mi się czasy jak moje dziecko było małe i ,,pomagało" w kuchni- nie miałam do tego cierpliwości, potem żałowałam, więc.. Tak trzymaj! Życzę dużo sił na nowy rozdział życia i pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. z przyjemnością czytam. Bardzo dziękuję za bogaty materiał do przemyśleń. Wszystkiego dobrego!

    OdpowiedzUsuń
  3. Do ekologicznego trybu życia warto włączyć jeszcze recykling oraz odpowiednie gospodarowanie odpadami. Rosnące hałdy śmieci to bardzo poważny problem współczesnego świata.

    OdpowiedzUsuń
  4. Moim zdaniem tym artykułem na pewno zainteresuje się bardzo dużo osób.Sam wrócę na ten blog za nie długo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dorotko, namów Mamę, żeby zrobiła wpis, jak piec obwarzanki! i gratuluję nowego rozdziału w życiu :) e.

    OdpowiedzUsuń
  6. Na pewno w przyszłości będę wracał na ten blog.Bardzo dużo jest ciekawych artykułów.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten blog na pewno mógłby być lepszy. Mogło by być więcej artykułów.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem takiego samego zdania jak mój poprzednik.Ten blog jest po prostu bardzo interesujący.

    OdpowiedzUsuń
  9. Moja przyjaciółka kilka dni temu poleciła mi bardzo ciekawy artykuł na stronie https://www.kreatywna.pl/ .Od tej pory czytam bardzo ciekawie artykuł na tej stronie.

    OdpowiedzUsuń