Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kalendarium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kalendarium. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2021

Dlaczego nie piszę już podsumowań kolejnych miesięcy?

Z pewnym żalem, po 5 latach regularnego podsumowywania kolejnych miesięcy, postanowiłam z tego zrezygnować, przynajmniej na jakiś czas.

Autorką tej fotografii jest Anna Warzyńska. 

Codzienność stała się powtarzalna i czasem mam wrażenie, że musiałabym pisać w kółko o tym samym, a to byłoby nudne. Przy dzieciach ilość obowiązków wzrosła, natomiast czas, kiedy mogę spokojnie siąść przed komputerem skurczył się i stał nieprzewidywalny. Będę pisać i dzielić się naszym ekożyciem, ale już na pewno nie tak regularnie. 

Jeśli chcecie być bardziej na bieżąco z tym, czym chcę się dzielić w internecie, zapraszam na instagram. A jeżeli macie jakieś pytania zadawajcie je w komentarzach lub piszcie maile, odpowiem w wolnym czasie!

Podsumowania miesięcy od października 2015 do września 2020 znajdziecie w zakładce "dom i życie codzienne" a także pod etykietą "kalendarium".

środa, 30 września 2020

Wrzesien 2020

W trudnym czasie żyję wspomnieniami. Tym, że kiedyś było lepiej i że lepiej być może. W dobrych okresach wspomnienia gromadzę. Wrzesień był czasem gromadzenia pięknych wspomnień. Bo choć nie działo sie nic spektakularnego, to zapamiętam kolorowe zbiory, popołudnia na placu zabaw i nad jeziorem, kilka spacerów po lesie i rodzinne rowerowe wycieczki. 

Grządki we połowie września. Wciąż pełne jedzenia!

Droga do domu. Z grządek, z przedszkola, ze sklepu. Tym razem wieziemy warzywa na obiad. 

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Maj, czerwiec, lipiec i sierpień 2020 - cztery trudne miesiące

Przeglądam fotografie z ostatnich czterech miesięcy. Piękne obrazki. Wizualna dokumentacja tego, co cieszyło albo się udawało. Często wyrwane z kontekstu kadry, bo rzadziej niż kiedykolwiek sięgałam po aparat. Mam wątpliwości, czy widać na nich pełnię naszej codzienności. Nie umiem też na zdjęciach oddać całego spektrum emocji, które towarzyszyły mi w tym czasie.


Dużo bardziej realistyczne będą tym razem opisy, choć i w słowach nie wszystko potrafię ująć. Bo jak oddać radość i smutek odczuwane prawie równocześnie? Jak pogodzić ciężką pracę z odpoczynkiem? Jak wytłumaczyć, że było u nas to, co się zwykle racjonalnie wyklucza?

Za zdjęciami kryją się dziecięce jęki, narzekania, żądania, marudzenia i płacze. Dorosła złość i frustracja wyrażana w mniej lub bardziej udany sposób. Tęsknota za ciszą w domu i pracą wykonaną zgodnie z planem od początku do końca. Kilka tysięcy upranych pieluszek. Kilkaset słoików z przetworami. Dużo ponad sto nocy pourywanych na kawałki. Podobna ilość śniadań, obiadów i kolacji zrobionych z tego, co wcześniej nazbieraliśmy w grządkach. Kilkadziesiąt kilometrów pchania przyczepkowózka z zacinającym się kółkiem po kamienistej drodze. D
ługie dojazdy na badania i kontrole. Kilkanaście zajrzeń do uli. Ślimaki zjadające połowę plonów. Hałas, wióry i pył ze strugów, pił i szlifierek. Dzieci na rękach, kolanach i plecach. Wiele kłótni. Godziny z bólem głowy i kręgosłupa...

Nie uchwyciłam na fotografiach nieśpiesznych spacerów. Smaku świeżego bobu z grządek i domowych łazanek z młodą kapustą przygotowanych przez sąsiadkę, zapachu ziemi i kopru, słodyczy pomidora zerwanego prosto do buzi, kruchości fasolki, soczystości cukinii. Chłodu poranka i wilgoci deszczu. Prób wspierania się. Wiary w to, że będzie lepiej. 
Świadomości, że bywa trudniej. Tych wszystkich małych radości, ale jakże ważnych!

Dlatego tym razem nie będzie zdjęć. Dziś zostawiam Was ze słowami! 

czwartek, 30 kwietnia 2020

Marzec i kwiecień 2020

Śnieg stopniał i powoli dawały o sobie znać oznaki wiosny. Szare łąki zazieleniały się. Pierwsze liście oraz kwiaty wychylały coraz śmielej, aż w końcu wybuchły całą gamą kolorów. Pchaliśmy nasze życie do przodu, z dnia na dzień.


Był to czas wypełniony codzienną pracą, wiosennymi krzątaninami, radością z narodzin dziecka i opieką nad dwójką maluchów z wszystkimi tego urokami. Czas spędzany w domu oraz jego najbliższym otoczeniu, choć w wolnych chwilach staraliśmy się korzystać z beskidzkiej przyrody.


sobota, 29 lutego 2020

Styczeń i luty 2020

Początek 2020 roku był dla mnie czasem trudnym. W końcu przyszła zima. Niezbyt mroźna, niezbyt śnieżna, ale jednak. Z dnia na dzień pchaliśmy codzienność do przodu. W jej pozytywnym przeżywaniu ratowały nas sanki, rowery, proste domowe aktywności i niezbędne krzątaniny.

Odśnieżanie tarasu.
Zabawy na zamarzniętym stawie.
Widok z okna i bałwan.

wtorek, 31 grudnia 2019

Grudzień 2019 - wśród gości, w drodze, lesie, parku, kuchni i książkach

Pierwszego prawdziwie zimowego miesiąca boję się co roku jak ognia. Brak słońca lub jego mała ilość z uwagi na krótkie dni są dla mnie przygnębiające. Błoto i plucha bywają do zniesienia przez kilka dni. Śnieg, choć rozjaśnia świat i stwarza warunki do zabawy, na dłuższą metę wykańcza przy odśnieżaniu, przedzieraniu się przez zaspy i rowerowych dojazdach. Tegoroczny grudzień był pod względem pogody dość łagodny. Nie zmienia to jednak faktu, że pod koniec miesiąca cieszyłam się z wolna wydłużającymi się dniami...

Na stawie.
Spacer z sankami. Fot. Anna i Piotr Warzyńscy.


sobota, 30 listopada 2019

Listopad 2019 - w krainie mgieł

Listopad to w beskidzie długi miesiąc krótkich, ponurych dni. W tym roku dużo nie padało, ale często było szaro i mgliście, a przynajmniej zimno i wilgotno. Zmuszałam się, by wyjść z domu w grządki, z dzieckiem na spacer,  plac zabaw czy nawet do biblioteki i sklepu.

Rodzinna wycieczka do Regietowa przez górę Banne. 

Poza pracą zawodową zajmowaliśmy się sadzeniem akacjowych zagajników, malin i klonów. Wysialiśmy ozimy szpinak i marchew. Mąż po wielu miesiącach wrócił do robót budowlanych w domu dla gości - zaczął montować płyty gipsowe na poddaszu. Jednego weekendu udało nam się też przeprowadzić generalne porządki z drewnianymi deskami leżącymi pod plandekami i blaszanymi daszkami. Zajadaliśmy się pieczonymi jabłkami i mocą zielenin. 

czwartek, 31 października 2019

Październik 2019 - oddech wśród jesiennych liści.

Ciepłe dni, bajkowe kolory liści na drzewach i pod nimi. Moc pracy na polu, ale już nie tak intensywnej jak latem. Rydzobrania, spacery na nogach i z rowerkiem biegowym, zabawy na zewnątrz oraz czas spędzony w domu przy książkach. Ostatnie pluskanie w rzece i kąpiele w stertach liści w parku. Październik był dla mnie oddechem.


Październikowy las.
Droga do naszego domu. Fot. Anna Warzyńska.


Rzeka. Już chłodna, ale nadal atrakcyjna. W tym roku, z powodu wielomiesięcznej suszy, wyjątkowo niska.  Fot. Anna Warzyńska. 

poniedziałek, 30 września 2019

Wrzesień 2019 - przetwory i spacery po lesie

Kolejne słoiki z pomidorami odnoszone do spiżarni, kiszenie kapusty, mrożenie szpinaku, robienie soków oraz kremów malinowych, wielki gar z winnym moszczem stojący na stole w kuchni, czyszczenie, krojenie i suszenie grzybów - tegoroczny wrzesień upłynął nam pod znakiem robienia przetworów i przerabiania na bieżąco tego, co zbieraliśmy z grządek i lasu. 

"Muchlodomory!" Mówią, że tam, gdzie rosną one, rosną też prawdziwki. Rosły! Po załadowaniu szlachetnego borowikowego suszu do siedmiu czterolitrowych słojów, uznaliśmy, że wystarczy i zostawiamy te grzyby w lesie innym zbieraczom.

sobota, 31 sierpnia 2019

Lipiec i sierpień 2019

Zmęczenie, satysfakcja, ulga i radość. Te cztery czasowniki opisują to, co działo się w moim ciele i głowie przez dwa letnie miesiące.



Własnych fotografii mam mało, ale mieliśmy gości i część z nich uchwyciła kilka chwil - w taki sposób,
w jaki ja bym tego nigdy n
ie zrobiła - Aniu i Piotrku, dziękuję!

niedziela, 30 czerwca 2019

Czerwiec 2019, czyli pracowite lato czas zacząć

Wypatrywanie deszczu, praca w grządkach i dookoła domu oraz ta przed komputerem - tak minął nam tegoroczny czerwiec...

Regietów Wyżny - wieś, której już nie ma to doskonałe miejsce na rodzinną wycieczkę rowerową, kolację na łące i zabawy w kałużach. 

Działo się dużo, dni wypełnione były niekończącą się krzątaniną. W głowach pojawiały się kolejne i utrwalały długo odwlekane plany oraz pomysły na to, co jeszcze chcemy tu zrobić - założyć mikroplandacje truskawek, malin i borówek, zasadzić i ogrodzić brzozowy zagajnik, ocieplić kuchnię, zbudować domek na narzędzia w grządkach, wykopać stawy spiętrzające wodę i zapobiegające suszy...


Na zdjęciach udało się uchwycić tylko kilka migawek.


piątek, 31 maja 2019

Maj 2019, dżdżysto i zielono

Jeśli w kwietniu wypatrywaliśmy deszczu to w maju mieliśmy go dość... Padało za dużo. Okazało się, że dach naszego domu przecieka, zalało nam część sadu i szklarnię. Dwa razy zagościł u nas śnieg. Od tej wilgoci robiło się coraz bardziej zielono.

Deszcz i mgła. Synonimy maja 2019 roku w Beskidzie.

Na łąkach pojawiły się najpierw mlecze, a potem dmuchawce i piękne, kolorowe polne kwiaty.

niedziela, 31 marca 2019

Marzec 2019 - rozsady, wysiewy, drewno i porządki

Marzec minął nam pod znakiem prac około domowych i ogrodowych. Przekopywaliśmy grządki, sialiśmy pierwsze rzeczy do gruntu, sadziliśmy maliny i kwiatki, robiliśmy rozsady i przygotowywaliśmy drewno na kolejne zimy. Przy okazji staraliśmy się porządkować co się da. Pracy było dużo, czasu mało, ale narzekać nie ma na co, bo pogoda dopisywała!

Gdy śnieg stopniał całkowicie, powiesiliśmy huśtawkę,
a korzystanie z rowerów i przyczepki okazało się o wiele łatwiejsze niż zimą!

czwartek, 28 lutego 2019

Luty 2019 - dużo pracy, trochę oddechu.

Luty to miesiąc, z którym jako wielbicielka lata, ciepła i słońca zazwyczaj mam problem. W tym roku chciał chyba przekonać mnie, że nie jest taki zły - przyniósł odwilż, ciepły wiatr i zapach wiosny.


Ostatni zjazd na sankach z górki pod domem.

Śnieg, który zalegał i powiększał swoją pokrywę przez wcześniejsze miesiące, topił się równo cztery tygodnie. Był to bardzo powolny proces, bo zima próbowała wracać. Straszyła zawiejami i zamieciami, atakowała ostro, ale w ogólnym rozrachunku nieskutecznie. Czy już koniec najzimniejszej pory roku? Zobaczymy w marcu. Póki co cieszę się tym, co było i tym, co się w lutym udało.

czwartek, 31 stycznia 2019

Styczeń 2019 - toniemy w śniegu

Śnieg, śnieg, śnieg... Z dnia na dzień coraz więcej śniegu. Próby wydrążenia w śniegu tuneli, by połamać łopatę lub już po kilku godzinach znów tonąć w zaspach. Styczeń zapamiętam jako walkę ze śniegowym żywiołem. Podchodzenie pod dom z rowerem, dzieckiem i zakupami przerosło mnie. Samo pchanie roweru przez śnieg okazało się wyzwaniem. Zapadaliśmy się co najmniej po kolana i nawet sanki odmówiły współpracy. Maleństwo chodziło tylko tam, gdzie śnieg udało się skutecznie udeptać. 

Najpierw na nogach przez zaspy, potem rowerem, w końcu autobusem, a potem znów na nogach.
Tym razem wybrałam się do znajomej na Flaszę.
Cerkiew w Kwiatoniu onieśmiela o każdej porze roku.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Grudzień 2018.

Grudzień to ten miesiąc, co do którego mam ambiwalentne uczucia. Z jednej strony oznacza zimę i krótkie dni, których nie znoszę za dobrze. Z drugiej to czas chowania się z książką pod kocem, cieszenia śniegiem, zapachu pierników, rodzinnych wycieczek, podsumowań i refleksji. 

Grudniowa aura codzienna.
Prawie przez cały miesiąc było szaro i śnieżnie. Z trudem zwlekaliśmy się łóżek przez ósmą rano. Przez ponad tydzień męczyło nas przeziębienie. Mimo wszystko cieszę się ze sposobu w jaki przeżyliśmy te trzydzieści jeden dni. 

Trudno mówić o grudniowych ekologicznych przedsięwzięciach czy eksperymentach. Na pewno nie zrobiliśmy nic spektakularnego. Generalnie mąż pracował przed komputerem i na budowie, a ja zajmowałam się domem i od czasu do czasu miałam lekcje. W wolnych chwilach (a z racji świąt było ich wyjątkowo dużo) chodziliśmy na długie piesze wycieczki. 

Można nazwać to nudą i pewnie dla wielu takie życie byłoby średnio ciekawe. Ale czy naprawdę nic się nie działo? Każdego dnia uświadamialiśmy sobie jak bardzo chcemy być tu, w Beskidzie, i mimo wielu przeciwności żyć tak, jak żyjemy. Cieszyliśmy się warzywami z ziemianki. Z entuzjazmem dzieliliśmy się informacją, że zamarzła rzeka. Codziennie rano odprowadzając maleństwo do sąsiadki zjeżdżaliśmy na sankach. Zdarzyło mi się zostawić telefon w kurtce i nie potrzebować go przez ponad dwa dni. Zachwycaliśmy się widokiem lisa, saren lub czapli widzianych przez okno. Delektowaliśmy się smakiem chleba z pieca opalanego drewnem. 

piątek, 30 listopada 2018

Listopad 2018 ze szlifierką w ręku.

To dziwny miesiąc. Rozpoczął się prawie upałami, uraczył nas jeżynami na krzakach, a zakończył kilkoma centymetrami śniegu i zamarzniętą rzeką. Dla mnie był to czas odpoczynku, oswajania ze szlifierkami, ale też prób wyleczenia zapalenia rogówki oczu. 

Radość z liści!
Zamarzająca rzeka. Dwa dni później można było po niej chodzić.


Zapytacie pewnie, jak można w listopadzie wypocząć. Odpowiem, znaleźć opiekunkę dla dziecka! Maleństwo spędzało cztery godziny dziennie u sąsiadki. A ja, choć rzadko kiedy mogłam sobie w tym czasie pozwolić na leżenie z książką, pierwszy raz od kilkunastu miesięcy przemieszczałam się, robiłam obiad, sprzątałam, przygotowywałam lekcje, szłam do lekarza sama, samiusieńka. Ponadto mogłam od czasu do czasu chwycić w rękę szlifierkę i wygładzić trochę desek na ściany. 

środa, 31 października 2018

Październik 2018

Był to pracowity i pełen wydarzeń miesiąc, a mimo to bardzo odetchnęłam. Pogoda z jednej strony zachęcała do prac polowych, z drugiej straszyła perspektywą braku wody, więc znów zważaliśmy na każdą kroplę wylaną z kranu, a tam, gdzie tylko się dało, korzystaliśmy z zapasów deszczówki.







niedziela, 30 września 2018

Sierpień i wrzesień 2018 oraz próba podsumowania trzeciego roku w Beskidzie.

Dwa ostatnie miesiące tegorocznego lata były dla nas czasem wybitnie kryzysowym. Ogrom pracy i obowiązków, które na siebie wzięliśmy, wielomiesięczny brak odpoczynku, który tylko potęgował zmęczenie, oraz tryb życia, który prowadzimy, stworzyły istną mieszankę wybuchową. Zupełnie nie miałam głowy do dokumentowania wszystkich naszych poczynań na zdjęciach, dlatego niestety fotografii w tym artykule za wiele nie znajdziecie.



wtorek, 31 lipca 2018

Lipiec 2018.

Lipiec był miesiącem dziwnym. Mam w stosunku niego zupełnie skrajne uczucia. Z jednej strony dużo pracowaliśmy w gospodarstwie i chodziliśmy permanentnie zmęczeni, z drugiej efekty naszej pracy nie są szczególnie imponujące (prawdę powiedziawszy są ledwo widoczne), z trzeciej pamiętam kilka iście wakacyjnych chwil.



Niby było sucho i upalnie, ale jednak przez tydzień padało prawie non-stop. Wydaje się, że zbiorów grządkowych było mało, a mimo to słoiki z przetworami jakimś cudem zapełniły pół spiżarni. Spacery na grzyby kończyły się zwykle powrotem z pustym koszykiem, lecz powstało też kilka mikrosłoiczków z marynowanymi kurkami. 

Mam wrażenie, że czas co chwilę się nam się rozciągał, a potem gnał jak głupi. Sielanka przeplatała z nerwówką, leniwy czas w lesie z harówką w spalonych słońcem grządkach. Radość z szalonej jazdy na rowerze skończyła się błyskawicznie niezidentyfikowanym do końca wirusem układu pokarmowego, który ostatecznie zaatakował i rozłożył na łopatki całą naszą rodzinę.