czwartek, 30 kwietnia 2020

Marzec i kwiecień 2020

Śnieg stopniał i powoli dawały o sobie znać oznaki wiosny. Szare łąki zazieleniały się. Pierwsze liście oraz kwiaty wychylały coraz śmielej, aż w końcu wybuchły całą gamą kolorów. Pchaliśmy nasze życie do przodu, z dnia na dzień.


Był to czas wypełniony codzienną pracą, wiosennymi krzątaninami, radością z narodzin dziecka i opieką nad dwójką maluchów z wszystkimi tego urokami. Czas spędzany w domu oraz jego najbliższym otoczeniu, choć w wolnych chwilach staraliśmy się korzystać z beskidzkiej przyrody.


Dostałam wiele pytań, jak żyje się u nas w czasie koronawirusowych obostrzeń. Z jednej strony niewiele się zmieniło. Nasze życie na co dzień kręci się wokół domu. Mamy zapasy jedzenia z własnych upraw. Nie podróżujemy, bardzo rzadko znajdujemy się w ludzkich skupiskach. Z drugiej spędziłam cztery dni w szpitalu i było to osobliwe doświadczenie porodowe, niezbyt przyjemne. Zamknęli przedszkole, które jak nigdy było nam potrzebne i które nasze dziecko bardzo lubiło, a mi pod koniec ciąży i z noworodkiem pozwoliłoby odetchnąć choć trochę. Zapominaliśmy o "happy hours" dla seniorów i gdy już wybraliśmy się do apteki po kropelki czy krem dla dziecka albo na pocztę odbijaliśmy się od drzwi. Nosiłam w sobie wielki bunt i niezgodę na przymusową izolację oraz ograniczenie dostępu do przyrody, nie mogłam też pogodzić się z informacjami o nasileniu przemocy domowej w tym czasie. Wkurzałam się, że w promieniu 26 km od nas całkowicie zlikwidowano komunikację publiczną. Brakowało tego, żeby kogoś bliskiego (ale nie z rodziny) zobaczyć, dotknąć, przytulić, zaprosić na herbatę i ciasto, dać do ponoszenia maleństwo. Nic takiego, mniejsze i większe pragnienia oraz potrzeby, bez zaspokojenia których przez jakiś czas da się żyć, ale jednak przypominające o innej rzeczywistości.



Czym się zajmowaliśmy? Dni mojego męża wypełnione były głównie pracą przed komputerem, a moje opieką nad domem i dziećmi. Byłam z siebie niezwykle dumna, gdy udało się zrobić cokolwiek więcej niż przygotowanie posiłków, upieczenie chleba, upranie ubrań oraz pieluch, sprzątanie domu i zabawy ze starszakiem. Podziwiałam męża, że w tym czasie w naszym otoczeniu powstało z jego rąk tyle przydatnych rzeczy. Na pewno pomogły też kilkudniowe odwiedziny mamy, siostry i teściowej, które wspierały nas jak umiały.

Połowa marca, niesiemy prosto z piwniczki produkty na obiad.


 Chleb piekę od lat, a w tych miesiącach żywiliśmy się praktycznie tylko pieczywem własnej produkcji. Zaskoczeniem dla mnie samej była nauka pieczenia drożdżówek. 


Wiosna to dla nas czas intensywnej pracy w grządkach. Plewiliśmy, przekopywaliśmy, sialiśmy i podlewaliśmy. Robiliśmy sadzonki. Moim marzeniem było nie potykać się o rozsady w domu. Najpierw więc powstał dla nich stół, który ustawiliśmy pod wielkim południowym oknem na budowie, a potem inspekty-rozsadniki ze starych szyb - by rośliny miały jeszcze jaśniej. W sadzie mąż obkładał kartonami drzewka i krzewy.

Robię pierwsze rozsady i sadzę kwiatki.
Stół na rozsady i do wszelkich prac gospodarskich. Prosto spod rąk męża.
Pikowanie pomidorów.
Od połowy marca zbieraliśmy też nowalijki. Rzodkiewka, szczypior i rukola gościły codziennie na naszym stole. Piekłam placki z rabarbarem. Przerobiłam na mrożonki kilka kilogramów szpinaku.

Pierwsze wiosenne zbiory. Pozimowy jarmuż, ozime szpinak i rzodkiewka.
Ilość szpinaku zaskoczyła nas. Blanszowałam i mroziłam...
... szpinakowe babeczki w sylikonowych foremkach na muffinki.
Nowalijek ciąg dalszy.
Po wielu latach marzeń i zaczytywania się w pszczelarskich lekturach mąż w końcu przygotował miejsce na mikropasiekę. Kupił ule, pomalował je i ustawił w sadzie. Zaopatrzył się w całą resztę potrzebnych utensyliów. W końcu obsiał łąki miododajnymi kwiatami. W maju mamy nadzieję wypełnić ule odkładami od lokalnego pszczelarza.

Ależ te ule dodają uroku!
By umilić sobie i dziecku czas zrobiłam mu ciastolinę - ze składników, które miałam w domu. Wspólnie z mężem odrestaurowaliśmy ciężarówkę z mojego dzieciństwa. Ponieważ nie mogliśmy jeździć na plac zabaw powstała też piaskownica.

Domowa ciastolina w naturalnych kolorach.
Drewniana ciężarówka po renowacji. Przed wyglądała tak.
Piaskownica. 

9 komentarzy:

  1. Piękny stół!
    Ja też mam dosyć kwarantanny i izolacji i nie mogę się doczekać, aż się zobaczymy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten wątek został mi polecony przez mojego przyjaciela.Mi tak naprawdę to ten wątek w ogóle się nie podoba.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mi się ten artykuł bardzo podoba.Na ten blog na pewno wrócę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Marzy mi się życie na wsi, pobudka z brzaskiem i zasypianie z kurami. Może kiedyś się uda :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wow! Podziwiam Cię, zapał i determinację. Życzę powodzenia w nadchodzącym lecie i czekam na jakiś update :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Doroto, jak minęło Wam lato i jak zaczyna się jesień? :)

    OdpowiedzUsuń