Wychowałam się w domu z ogrodem. Choć na pierwszy rzut oka zarośnięty i zaniedbany, był to najpiękniejszy ogród jaki znam, a mama umiała nazwać każdą roślinkę, która znalazła sobie tam miejsce. Na 16 arach zgromadziła imponującą kolekcję gatunków ozdobnych krzaków i kwiatów, drzew i krzewów owocowych oraz niezwykłych roślin jadalnych z całego świata. Pracę w ogrodzie lubiłam, bo dawała możliwość spędzenia czasu na świeżym powietrzu i wśród zieleni, ale traktowałam ją zadaniowo, prawie w kategoriach sportu. Ścinanie i porządkowanie gałęzi, koszenie trawy, wyrywanie winobluszczu, podagrycznika lub pokrzywy - to były moje specjalności. W ogrodzie były też warzywne grządki, ale tam wstępu prawie nie miałam, za to zajadałam się pysznościami z nich pochodzącymi.
Trzy lata temu mąż wyszedł z propozycją by wejść w posiadanie małej działeczki w rodzinnych ogródkach, podchodziłam do tego z dystansem - wiedziałam, że doglądanie jej będzie zajmować nam sporo czasu i energii. Nie pomyliłam się, na działce, spędzaliśmy od tej pory każdą wolną chwilę, okazało się jednak, że była to jedna z lepszych decyzji w naszym życiu i wspaniała lekcja przyrody oraz pokory. Dziś ogród to dla mnie przede wszystkim grządki z warzywami - spędzam tam najwięcej czasu. Nie jestem fanką trawników koszonych kilka razy w tygodniu, by pięknie wyglądały, nie cierpię tui, ale kocham warzywa! Nie dość, że można je zjeść, to są niezwykle pięknymi roślinami. Dochodzę też do wniosku, że nic tak nie uczy szacunku do świata, przyrody i jedzenia, jak praca w ogródku warzywnym.
Nie da się ukryć, że dłubanie w grządkach wymaga uwagi, czasu, wytrwałości, cierpliwości, fizycznej siły oraz pewnej wiedzy, ale tak naprawdę wszystko to zdobywa się małymi krokami, w praktyce, podczas kopania, grabienia, siania i sadzenia, podlewania, plewienia, przycinania, zbierania (i masy innych czynności), a także bardziej lub mniej wnikliwego studiowania ogrodniczych książek i blogów. Ogrodnictwo nie jest wcale wiedzą tajemną, a zyskujemy o wiele więcej niż najwyższej jakości warzywa o wyjątkowym smaku. Cisza, spokój, zieleń, czas na zadumę, niezwykle urozmaicony ruch na świeżym powietrzu i korzyści z nich płynące są bezcenne!
Odkąd prowadzę własne grządki, z niepokojem patrzę na masowo wytwarzane warzywa i owoce sezonowe pojawiające się na sklepowych półkach na długo przed czasem. Wiedząc ile pracy trzeba włożyć by coś wyhodować, wydaje mi się (choć to niepopularne), że dostępna w sklepach żywność jest nieprzyzwoicie tania. To wszystko dzięki wysokiej mechanizacji, przesyceniu azotem, wodą, chemicznymi opryskami i nawozami. W konsekwencji otrzymujemy żywność niskiej jakości, która często szkodzi naszemu zdrowiu, a kupując ją przyczyniamy się do zanieczyszczania środowiska.
W dzisiejszym poście chciałabym podzielić się kilkoma fotografiami z grządek, które stworzyliśmy w tym roku w Beskidzie. Jeszcze w marcu były łąką nieuprawianą od lat. Zdjęcia miały znaleźć się w podsumowaniu czerwca, ale nie zdążyłam. Może lepiej, bo doczekały się osobnego posta. Mam nadzieję, że zainspirują do własnych upraw - nie ważne, czy w małym, czy w dużym ogrodzie, na balkonie, czy na oknie - a ogrodnictwo wciągnie Was tak samo jak mnie!