niedziela, 31 lipca 2016

Lipiec 2016, czyli drewno, zbiory i przetwory!

Lipiec upłynął nam pracowicie. Porządkowaliśmy łąki, grodziliśmy grządki, przygotowywaliśmy drewno opałowe, zbieraliśmy grzyby z lasu, dzikie maliny z łąki oraz warzywa z naszych upraw i robiliśmy z tego wszystkiego przetwory. Mimo, że żadna z tych czynności nie jest szczególnie imponująca i nie wydaje się jakaś skomplikowana, ich zmasowana ilość spowodowała, że zmęczeni jesteśmy jak nigdy i marzymy o urlopie!

Na początku lipca porządkowaliśmy łąki, pomogli nam w tym znajomi i całą pracę udało się wykonać chyba tylko dzięki ich młodzieńczemu entuzjazmowi i bluesowym piosenkom podśpiewywanym podczas machania kosą (sami mordowalibyśmy się z tym ze dwa tygodnie, a sił mamy coraz mniej). Łąki trzeba było oczyścić z małych drzewek skoszonych traktorem lub wyciąć te drzewka ręcznie (piłą i sekatorem) i przy pomocy kosy ściąć kępy traw dookoła. Na koniec dnia czekała na nas najprzyjemniejsza część, czyli wieczorne ogniska (na których już wszyscy zasypiali)! 



Skoszone łąki i bele z siana, czyli Beskid w lipcu.

W końcu przyjechały paliki do grodzenia grządek. Wieczorami okorowywaliśmy je do wysokości około metra, potem trzeba było je pomalować. By wykopać dziury w ziemi wynajęliśmy wiertnicę z lokalnej wypożyczalni sprzętu. Póki co mamy więc okorowane i zaimpregnowane paliki i około 60 dołków. :)


Sterta palików na ogrodzenie.
Pierwsza okorowana partia.
Przyjechało też drewno opałowe, na które czekaliśmy od marca... Ciężko co prawda nazwać drewnem opałowym dwumetrowe bale o średnicy pół metra i żal je ciąć, ale nie mamy wyboru i musimy się z nim rozprawić... W ruch poszły piły i siekiery. Na razie udało nam się pociąć, porąbać i poukładać połowę z dziesięciu zamówionych kubików, a i tak powoli kończy się nam miejsce na jego składowanie.


Przed.
Po.
Poza pracami z drewnem większą część naszego czasu zajmowało zbieranie i przetwarzanie. O klęsce urodzaju może świadczyć mój czterodniowy wyjazd do Krakowa, po którym zebrałam kilka skrzynek warzyw. Najbardziej obrodziły ogórki szklarniowe i cukinie - nie mogąc ich przejeść rozdawaliśmy sąsiadom. 

Po czterech dniach bez wizyty w szklarni ledwo byłam w stanie podnieść skrzynkę z ogórkami.
Mniej więcej tak wyglądały codzienne zbiory pod koniec lipca.
Czasem towarzyszyły im jeszcze ziemniaki, buraki, sałata i kapusta.

Tydzień spędziliśmy w kępach dzikich malin. Malutkie, ale niezwykle aromatyczne owocki przerobiliśmy na dwadzieścia słoików soku, dwie butelki nalewki i kilka tart.

Malinowe pyszności!
Spełnia się marzenie o domowych przetworach z własnych upraw i zbiorów. Póki co udało się zamrozić kilka kilogramów szpinaku i bobu, zakisić kilkadziesiąt słoików ogórków i zrobić tarte kiszone ogórki na zupę, a także zająć się pomidorami i przerobić je na soki, lecza oraz inne frykasy.



Szpinak poddusiłam, zblendowałam i zamroziłam w sylikonowych foremkach na babeczki, by mieć wygodne porcje.
Obieranie bobu.
Kiszenie ogórków.
Na kiszonki do zupy zużyłam trochę ogórków szklarniowych.
Najpierw je ukisiłam, a potem starłam i zalałam kwaśnicą.


Pomidorowe przetwory. Od lewej: leczo z cukinią, suszone pomidory w oliwie, całe pomidory w zalewie.
Zbiorów było tyle, że praktycznie nie chodziliśmy do sklepu. Zajadaliśmy się cukiniami, fasolką szparagową, burakami, młodymi ziemniakami i kapustą, koperkiem, pietruszką, różnymi cebulkami, sałatą... W sierpniu mam nadzieję dołożyć do tego jadłospisu także szczaw, kukurydzę i paprykę, a na jesień selera, marchew, pietruszkę, dynie i jarmuż (które teraz od czasu do czasu podbieram z grządki). Bakłażany co prawda zakwitły, ale nie widzę na nich żadnych owocowych zawiązków.
W ramach eksperymentów zrobiłam też macerat i nalewkę z dziurawca. Udało się już je zlać i schować w ciemne miejsce -  czekają na swój moment!

Dziurawiec na łące.

Nalewka. Kwiaty dziurawca zalałam 70% alkoholem. Po kilku dniach zrobił się purpurowy, po dwóch tygodniach przelałam go do czystej buteleczki, dodałam miodu i gotowe!


Kto by pomyślał, że z żółtych kwiatów i zielonych liści powstanie czerwony olej!
Lipiec to także dwie wyprawy na grzyby. Na jednej nie znaleźliśmy nic (choć spotkaliśmy innego grzybiarza). Druga powiększyła nasze grzybowe zapasy o cztery słoiki suszu. Kilka maślaków znaleźliśmy też podczas rowerowej wycieczki do Wysowej.


Najprawdziwsze!
Lipcowa pogoda była nieprzewidywalna.
Poranne bezchmurne niebo nierzadko zamieniało się w burzę i deszcz.
Plus tego taki, że grządki mamy podlane, a staw znów się napełnił.
Prace gospodarskie i robienie przetworów pochłonęły nas bez reszty. Nieliczne chwile przeznaczyliśmy na drzemki, lekturę książek i spacery grzybowe. Udało się też wstąpić na chwilę na łemkowski festiwal w Zdyni. Ponieważ jedzenia z grządek mieliśmy pod dostatkiem i nie trzeba było odwiedzać sklepu, na rower wsiadałam tylko dla przyjemności, przemierzając asfalty i błotniste szlaki z innymi kolarkami z okolicy.


Bukowy księżyc, w lesie nad naszym domem. Kiedyś wybiorę się tam z książką.
Dzikie pszczoły.


Wiktoria, z którą udało się zdobyć Magurę, robi w Beskidzie mydła rzemieślniczymi metodami!
Więcej o jej Mydło Stacji tutaj: KLIK.
Dni coraz krótsze, więc z rowerowych przejażdżek wracam do domu o zachodzie słońca lub krótko po nim. Magia!

4 komentarze:

  1. To nie dzikie pszczoły, tylko osy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale bajka! Wasza praca przynosi niesamowite plony. Podziwiam i zazdroszczę - mam nadzieję, że u mnie tez kiedyś tak będzie :) Na razie muszę się zadowalać sporadycznymi weekendowymi wypadami na przyrodę i zbiorami darów natury. Bukowy Księżyc będzie też super do medytacji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki i za przyszłe plony i za teraźniejsze wyprawy na łąki i w lasy po dary natury!

      Usuń