niedziela, 7 maja 2017

Recenzja książki "Duchowe życie zwierząt" Petera Wohllebena.

Czyżby faktycznie prawdziwe były od dawna powtarzane twierdzenia nauki, że tylko my, ludzie, jesteśmy w stanie doświadczać pełnej gamy uczuć? Czy to możliwe, że przyroda specjalnie dla nas wypracowała wyjątkową biologiczną drogę, która jako jedyna gwarantuje spełnione, świadome życie? (…) Nie ma według mnie dwojakiego rodzaju żałoby, bólu czy miłości. Nie wątpię, że zuchwale może zabrzmieć stwierdzenie, że świnia czuje tak samo jak my. Jednak prawdopodobieństwo, że zranienie nie wywoła u niej tak nieprzyjemnych odczuć jak u nas, jest bliskie zeru. „Chwila, moment! – mogą teraz zawołać uczeni. – To jeszcze nie zostało dowiedzione”. Zgadza się, bo tego nigdy nie da się dowieść. To czy czujecie tak samo jak ja też jest tylko teorią. Nikt nie jest w stanie wczuć się w drugiego człowieka, nikt nie może dowieść, że ukłucie igłą wywoła identyczne odczucia u każdego z siedmiu miliardów mieszkańców Ziemi.
Niemiecki leśnik Peter Wohlleben po raz kolejny zabiera nas w fascynującą podróż po świecie przyrody. Tym razem nie musimy nawet wędrować po lesie, ani oglądać drzew... Czytamy o zwierzętach - tych dzikich, ale także gospodarskich i domowych - a właściwie o ich uczuciach, emocjach, myślach. Czy zwierzęta odczuwają miłość, wdzięczność, ból i strach? Czy zastanawiają się nad swoimi decyzjami? Rozumują, czy działają jedynie czysto instynktownie? Czy potrafią zdobyć się bezinteresowność? Czy umieją kłamać i kombinować? Jak przewidują pogodę lub inne nadchodzące okoliczności? Czy potrafią przyjaźnić się między sobą? Jak radzą sobie ze starością? Czy mają duszę? To nie wszystkie pytania, na które znajdziemy odpowiedzi w tej książce... Ale na wszystkie autor ma jednoznaczną odpowiedź - jeśli człowiek czuje i myśli, to one także! I to nawet te, o których mamy jak najgorsze przekonanie, jak na przykład żmije, kleszcze, komary czy muszki owocówki!


Lektura jest spójna, przemyślana, pełna serdeczności dla wszystkich stworzeń i napisana przystępnym językiem. 

W książce znajdziemy śmiałe teorie, niezwykłe spostrzeżenia i zabawne anegdoty. Zdaję sobie sprawę, że wielu w to nie uwierzy. Autor prawdopodobnie też się tego spodziewał, dlatego wszystkie tezy poparte są naukowymi dowodami, racjonalnymi argumentami i udokumentowanymi doświadczeniami. Podziwiam pisarza za odwagę w nazywaniu i bronieniu tego, co przez wieki uważane było (i nadal jest) za wymysły, mrzonki i życzenia przewrażliwionych miłośników natury. Zauroczył mnie sposób w jaki ten przyrodnik podważa społecznie zaakceptowane przekonanie, jakoby człowiek był najinteligentniejszym i najważniejszym stworzeniem na ziemi.

Nie zdziwi mnie, gdy jedni uznają tę pozycję za suchą, rozumową i analityczną, inni za niezwykle sentymentalną, a kolejni uznają, że wszystko, co jest tam napisane to czysta herezja! Mnie urzekła lekkość i łatwość z jaką przedstawił naukowe przypuszczenia i fakt, że poparł je własnymi obserwacjami. Spodobało mi się, że człowiek ten pełen jest czułości i zrozumienia zarówno do zwierząt, jak i ludzi, oraz to, iż żadnego z gatunków nie wynosi na piedestał, ani nie uważa za lepszy. 

Lekturę umilały piękne wydanie i cudowne zdjęcia. Szczerze chciałabym, żeby dostępne było także wydanie w cienkiej oprawie, na papierze makulaturowym - poręczniejsze i ekologiczniejsze. Papier kredowy trochę mnie męczy również dlatego, że odbija światło. Taka mała książka do wrzucenia w plecak, podczytywania na przystanku lub poczekalni, tramwaju i pociągu byłaby idealna!

Ciężko chyba przekonywać innych do lektury takiej książki. Z całego serducha pragnęłabym, by każdy do niej zajrzał, zaraził się miłością do przyrody (jaką nosi w sobie Peter Wohlleben) i zachwycił jej złożonością, ale wiem, że w naszych głowach masa jest przekonań, które nie pozwalają zgodzić się z autorem w wielu kwestiach. Pozostaje stwierdzić - Szkoda. - i poczęstować zaciekawionych jeszcze tylko kilkoma fragmentami, które zrobiły na mnie największe wrażenie.


Czy rzeczywiście istnieje tylko jeden, ludzki sposób na intensywne i w miarę możliwości świadome przeżywanie uczuć? Ewolucja nie jest tak jednostronna, jak czasem myślimy (lub wręcz mamy nadzieję?). I to właśnie ptaki ze swym po części naprawdę malutkim móżdżkiem pokazują, że do inteligencji wiodą także inne drogi. Bo od czasów dinozaurów - za których potomków uchodzą - ich rozwój idzie w innym kierunku niż nasz. Nie mając kory nowej są zdolne do imponujących osiągnięć umysłowych (...). Obszar zwany hiperpallium (wybrzuszenie grzbietowej części kresomózgowia) pełni podobne funkcje, co nasza kora mózgowa. Ludzka kora nowa zbudowana jest warstwowo, natomiast jej ptasi odpowiednik składa się z małych grudek, a ten fakt długo kazał wątpić w podobną sprawność tego organu. Dziś już wiadomo, że osiągnięcia umysłowe kruków i innych gatunków żyjących społecznie dorównują możliwościom naczelnych, a częściowo nawet je przewyższają. To kolejny dowód na to, że nauka w razie wątpliwości wysuwa zbyt ostrożne argumenty, gdy chodzi o zdolność odczuwania przez zwierzęta, i odmawia im wielu zdolności umysłowych, póki nie pojawi się jednoznaczny dowód, że jest wręcz przeciwnie. Czy nie można by zamiast tego stwierdzić po prostu (i równie poprawnie) - że tego nie wiemy?

Zasadniczo wiele osób interesuje się uczuciami zwierząt. Jednak to zainteresowanie nie dotyczy zwykle wszystkich gatunków, a już zwłaszcza nie tych, które uznajemy za niebezpieczne lub obrzydliwe. "A po co właściwie są kleszcze?" Często słyszę to pytanie, ale nadal mnie zaskakuje. Bo nie sądzę, że każde stworzenie ma do spełnienia jakieś specjalne zadanie w ekosystemie. Uważacie, że to osobliwa wypowiedź jak na leśnika? Moim zdaniem taka postawa oddaje każdemu stworzeniu należny mu szacunek. (...) Natura nie jest szafą z szufladkami, nie ma zasadniczo dobrych i złych gatunków. (...) Ów paskudny drobiazg [kleszcz] ma uczucia, czego empirycznie można dowieść przynajmniej w wypadku najprostszych odruchów, takich jak głód. (...) Zwierzęta, których najwyższym szczęściem lub też - bo nie da się tego dowieść - kulminacją życia jest spłodzenie liczonego w tysiącach potomstwa i późniejsza śmierć z wyczerpania, nazwalibyśmy pełnymi poświęcenia, gdyby chodziło o ssaki. Jednak dla kleszczy z ludzkich uczuć przewidziane jest chwilowo, niestety, jedynie obrzydzenie.

Pszczoły za pomocą tańca we wnętrzu ula przekazują sobie informacje o źródłach nektaru i odległości do nich, wyrabiają miód z nektaru, dodając do niego wydzieliny gruczołów i susząc tę mieszaninę na swych maleńkich języczkach. Wypacają wosk i artystycznie formują z niego plastry. Wprawdzie nauka doceniła te dokonania, ale że trudno jej pojąć, by tak maleńkie owadzie móżdżki mogły wspiąć się na taki poziom doskonałości, uznała je wszystkie za rodzaj superorganizmu. Osiągnięcia poznawcze określono mianem inteligencji roju. W takim organizmie zwierzęta do tego stopnia działają wspólnie, że ich dokonania wydają się rezultatem współpracy komórek dużo większego ustroju. Poszczególne zwierzę uchodzi za stosunkowo głupie, jednak współdziałanie różnorodnych procesów oraz zdolność reakcji na bodźce środowiskowe traktuje się w sumie jako przejaw inteligencji. W takim ujęciu odmawia się poszczególnym osobnikom indywidualności, redukuje do pojedynczych klocków i puzzli.

Czy zwierzęta mogą cieszyć się zabawą? Czy potrafią po prostu wykonywać czynności, które w znacznym stopniu są irracjonalne i podczas których odczuwają radość i szczęście? Dla mnie jest to ważne pytanie, bo odpowiedź na nie pomaga rozstrzygnąć kwestię, czy zwierzęta mogą odczuwać pozytywne uczucia jedynie w celu wypełnienia jakiegoś zadania, które służy podtrzymaniu gatunku (jak na przykład radość podczas seksu służącego spłodzeniu potomstwa). Gdyby tak było, to radość i szczęście byłyby dodatkiem do programu przeprowadzanego instynktownie, by zagwarantować i nagrodzić jego realizację. My natomiast jesteśmy w stanie za pomocą zwykłego wspomnienia o cudownych przeżyciach uruchamiać w sobie związane z nimi emocje, czyli sami siebie uszczęśliwiać. Do tej kategorii należy także radość z próżnowania, jak na przykład urlop nad morzem czy zimowy wyjazd o sportowym charakterze w Alpy. Czy to nasza koronna dyscyplina, która odróżnia nas od zwierząt? Spontanicznie przychodzą mi do głowy saneczkujące wrony. Pewne nagranie wideo w internecie pokazuje ptaka tego gatunku, który uprawia saneczkarstwo na dachu domu. Bierze w tym celu pokrywkę od puszki, ciągnie ją na kalenicę, ustawia na spadku i w końcu wskakuje na nią, by zjechać z dachu. Ledwie dojedzie na dół, już wspina się z powrotem po kolejną porcję rozrywki. Sens tej działalności? Trudno dostrzec. Czynnik zabawy? Prawdopodobnie taki sam jak u nas, gdy wskakujemy na odpowiednik pokrywki z drewna lub plastiku i zjeżdżamy na nim z górki na pazurki.
Dusza jest podstawowym warunkiem życia po śmierci, o ile ktoś nie wierzy w cielesne zmartwychwstanie. I jeśli w takim ujęciu człowiek ma duszę, to musi ona koniecznie obecna również u zwierząt. Dlaczego? Dlatego, że nasuwa się pytanie, od kiedy ludzie idą do nieba. Od dwóch tysięcy lat? Od czterech tysięcy lat? Czy też odkąd istnieje człowiek? To by było około dwustu tysięcy lat. Ale gdzie przebiega granica dzieląca nas od starszych form, od naszych przodków? Przecież ten proces nie dokonał się błyskawicznie, tylko postępował mozolnie, drobne zmiany pojawiały się w toku ewolucji z pokolenia na pokolenie. Które więc osobniki nie zostałyby określone mianem człowieka z duszą? Może ta przodkini, która żyła przed 200 023 laty? Albo też ten mężczyzna uzbrojony w krzemień, który żył przed 200 197 laty? Nie, wyraźna granica nie istnieje i można tylko przesuwać się coraz dalej w tym łańcuchu pokoleń, poprzez coraz bardziej prymitywnych przodków, małpy naczelne, pierwsze ssaki, ryby, rośliny, bakterie. Jeżeli nie ma żadnego konkretnego punktu X w czasie, od którego można by dane stworzenia zaliczać do homo sapiens, to nie ma też żadnego konkretnego punktu, od którego pojawia się dusza. A jeżeli istnieje wyższa sprawiedliwość w religijnym sensie, to przy pytaniu o życie wieczne raczej nie dojdzie do wykreślania czytelnej granicy między dwoma pokoleniami, z których starsze pozostanie na zewnątrz, a młodsze wpuszczą do nieba. Czy to nie piękna wizja, że w niebie kłębi się pełno zwierząt wszelkich gatunków, które żyją wśród mnóstwa ludzi?

4 komentarze:

  1. Podobała mi się Twoja recenzja. Profesjonalnie napisane!
    Chyba skusze się na przeczytanie owej książki !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi... :) A książkę zdecydowanie warto przeczytać!

      Usuń
  2. Dostępna jest tańsza wersja, mniejsza gabarytowo, bez zdjęć i na szorstkim papierze...

    OdpowiedzUsuń