Wielu z nas marzy o życiu prostym i prostej codzienności, a przynajmniej tak twierdzi. Pociąga nas romantyczna wizja pasterza mieszkającego w szałasie i chodzącego ze swym stadem po górskich halach, ogrodnika umiejącego wyhodować zapas jedzenia na cały rok, rzemieślnika w drewnianym domu, który potrafi sam zrobić sobie półkę, buty i naprawić rower... Wzrusza nas widok mężczyzn rąbiących drewno i kobiet łuskających fasolę...
Kiedy jednak skosztujemy takiego życia i porządnie się spocimy lub wynudzimy, tęsknimy za maszynami i elektroniką, za tym, by ktoś zrobił coś za nas. Inwestujemy w nowe sprzęty, wyrzucamy stare i kupujemy coraz to "doskonalsze" modele. Jesteśmy tak przekonani o wartości tych sprzętów, że sami polecamy je innym - ileż to razy słyszeliśmy lub mówiliśmy "Przydałby Ci się...". Która ze współczesnych gospodyń nie słyszała o Termomixie?
Jeśli wielkie czarne pudło zajmuje centralne miejsce w Twoim salonie, zdarza Ci się wracać kilka kilometrów po zapomniany w domu telefon, mimo, że przez to spóźnisz się na umówione spotkanie, nie wyobrażasz jazdy na rowerze bez licznika, to mój artykuł najprawdopodobniej Cię nie porwie, być może nawet wyda się dziwny i denerwujący.
Sama zastanawiam się ciągle gdzie jest granica, co się faktycznie jest przydatne i praktyczne, a co nie. Do stopniowej powolnej rezygnacji z elektrycznych i elektronicznych sprzętów zainspirowała mnie tęsknota za prostotą, ale też psujące się i znikające liczniki rowerowe, kategoryczne stwierdzenie męża, że rezygnuje z telefonu komórkowego oraz filmy i książki poruszające temat elektroprzemysłu i elektrośmieci. W dzisiejszym poście postaram się opisać moje pokusy, próby i doświadczenia w rezygnowaniu z rzeczy, które uznałam za niepotrzebne. Jeśli uda mi się zainspirować kogokolwiek do rezygnacji z zakupu jakiegoś sprzętu na prąd, będę bardzo szczęśliwa!