sobota, 22 października 2016

Foodsharing - nie wyrzucaj, dziel się!

Zorganizowałeś spotkanie, po którym zostało sporo wartościowego jedzenia i nie wiesz co z nim zrobić? Kupiłeś czegoś za dużo i boisz się, że nie zjesz przed końcem ważności? Goście podarowali Ci spożywcze rarytasy, których nie cierpisz? A może został tydzień do najbliższej wypłaty, a ty nie masz czego włożyć do garnka? W krakowskiej kawiarni przy ulicy Długiej na darczyńców i głodomorów czekają regał i lodówka! Przyjdź i podziel się tym, czego masz za dużo lub zabierz to, czego Ci brakuje. O inicjatywie Foodsharing Kraków opowiada Weronika Wirtel.





poniedziałek, 17 października 2016

Materiałowy worek na chleb (i nie tylko).

Wczoraj był Światowy Dzień Żywności. Ekologiczne portale i blogi prześcigały się  w patentach na to jak nie marnować jedzenia. Według statystyk to chleb wyrzucamy najczęściej. Na Ulicy Ekologicznej ukazał się artykuł o tym co robić z kilkudniowym, podeschniętym, czerstwym chlebem. Pojawiły się głosy, że wszystko fajnie, jeśli pieczywo się zsycha, ale co jeśli po dwóch, trzech dniach pojawi się pleśń? 

Cóż, wiele zależy od jakości chleba. Sama kupuję go rzadko, najczęściej piekę sama. Jednak obojętnie czy wyjmuję pieczywo z domowego piekarnika, czy przynoszę je ze sklepu - trzymam na wierzchu (bez foliowych worków, papierów i ściereczek)! Nie pleśnieje nigdy. Jeśli mam krojony, to wkładam do drewnianego półmiska i przykrywam ścierką. 

Chleb i bułki należą do artykułów najczęściej kupowanych w plastikowych siateczkach. Ponieważ nie myjemy ich przed zjedzeniem absolutnie nie mogą się pobrudzić. Wielu z nas kupuje też chleb krojony i pojawia się pytanie - jak spakować go luzem? W grupie dyskusyjnej Zero Waste Polska znalazłam informację, że dawniej używano wielorazowych lnianych lub bawełnianych woreczków na chleb. Ten retro patent bardzo mi się spodobał i postanowiłam czym prędzej sobie taki skonstruować.

Worek sprawdzi się zarówno do transportu i przechowywania chleba, jak i innych rzeczy, które większość ludzi pakuje w foliówki (warzyw, owoców, produktów kupowanych na wagę...).




Jeśli nie umiesz szyć, to warto rozpocząć naukę od uszycia sobie takiego woreczka właśnie. Jeśli umiesz - stworzenie worka na chleb zajmie Ci 10 minut! A zatem do dzieła!


piątek, 14 października 2016

Na bakier ze zniczem, czyli bezśmieciowe Święto Zmarłych.

Na podstawkach (by nie pobrudziły płyty nagrobka), z kapturkami (żeby nie nakapał deszcz), z kwiatkiem w środku, udające kapliczki lub kryształy... We wszystkich kolorach tęczy. Dopasowane i poukładane w krzyże, serca lub inne misterne wzory. Plastikowe lub szklane, na wymienialne wkłady lub z wlaną parafina. Są już nawet na baterie!!! Większość z nich użyjemy raz. W kilka dni po pierwszym i drugim listopada cmentarne śmietniki pękną w szwach od śmieci, w większości nieposegregowanych... Do Święta Zmarłych zostało niewiele ponad dwa tygodnie - czas rozpocząć przygotowania! Tylko czy warto podtrzymywać tę tradycję? Czy znicz koniecznie trzeba kupić i ustawić na grobie?





Mydło prosto z ula - z miodem i woskiem pszczelim.

Od dłuższego czasu marzyłam o tym, żeby zrobić mydło ze skarbami z ula. W końcu się udało! Obawiałam się troszkę tego przedsięwzięcia, nie byłam pewna jak zachowa się wosk i miód. Totalnie zaskoczył mnie fakt, że godzinę po przelaniu surowego mydła do formy, z pięknego budyniu w żółtozłotym kolorze masa zrobiła się całkowicie czarna, a po zastygnięciu brązowa... Mydełko, które widzicie na zdjęciach ma przyjemny orzechowomiodowy zapach, trochę się pieni, a trochę maże i zostawia na skórze film.


piątek, 30 września 2016

Wrzesień 2016, pierwszy rok w Beskidzie za nami!

Wrzesień to dla nas miesiąc szczególny. Świętujemy pierwszą rocznicę przeprowadzki w Beskid. Za nami rok absolutnie wyjątkowy - pełny nowych doświadczeń oraz wynikających z nich radości i zmęczenia, a także wciąż pojawiających się planów i marzeń, jak żyć lepiej...

We wrześniowym podsumowaniu znajdziecie więc nie tylko informacje o tym, co robiliśmy w pierwszych dniach tegorocznej jesieni, ale też wspomnienia z pierwszego roku na Łemkowszczyźnie.


Państwo Bakłażan zapraszają do lektury!

piątek, 16 września 2016

Ryżowa sałatka o smaku sushi.

Dziś wymarzyło mi się na obiad sushi. Nie miałam jednak ani czasu, ani ochoty zwijać rolek. Postanowiłam zaryzykować i zrobić sałatkę, która choć trochę będzie przypominała w smaku tę najbardziej znaną japońską potrawę. 

Wiem, wiem - profanacja pełną gębą... Tak, elegancko podane rolki smakują inaczej - jeśli wolicie tradycyjne sushi, to przypominam przepis z zimy




czwartek, 15 września 2016

Klasyk w wersji wege, czyli moje pierwsze eksperymenty z kotletami sojowymi.

Rzadko używam produktów spożywczych dedykowanych weganom. Gotowce, mleka i śmietany roślinne, tofu, smarowidła i pasztety to rzeczy, które wydają mi się wysoko przetworzone. Do tego nie da się ich kupić na wagę - są dostępne w mikroporcjach opakowanych w plastik. Prawdę powiedziawszy, w Beskidzie nie są dostępne w ogóle... ;) Zwykle więc wolę gotować od zera - z warzyw, nasion i kasz. Kiedy jednak zobaczyłam na półce lokalnego sklepu kotlety sojowe, postanowiłam się przełamać, udać, że nie widzę plastikowej torebki i dać im szansę. Bałam się bardzo, że eksperyment się nie uda i będziemy głodni, więc na wszelki wypadek przyrządziłam też dużo warzyw...






środa, 14 września 2016

Dynia makaronowa z pieczonymi pietruszkami, awokado, pomidorkami koktajlowymi i migdałami.

Dynię makaronową dostaliśmy kilka dni temu od sąsiada w zamian za wiadro pomidorów. Jest to bardzo wdzięczne warzywo, a nazwa bierze się stąd, że po upieczeniu jego miąższ przypomina nitki makaronu. 

Taka dynia doskonale komponuje się z sosem pomidorowym lub pesto. Ja postanowiłam jednak poeksperymentować i ozdobić ją zimnymi dodatkami, a przy okazji pieczenia dyni podpiec też malutkie pietruszki, które miałam z przerywania grządek, a żal było wyrzucić - jeśli takich nie macie pokrójcie duży korzeń na kawałki.

Potrawa jest relatywnie prosta w wykonaniu i prawie nie brudzi naczyń podczas przygotowywania - w sam raz dla kuchennych leniuchów! ;)











wtorek, 13 września 2016

Z prądem czy bez? O moich skromnych próbach rezygnacji z tego co elektryczne.

Wielu z nas marzy o życiu prostym i prostej codzienności, a przynajmniej tak twierdzi. Pociąga nas romantyczna wizja pasterza mieszkającego w szałasie i chodzącego ze swym stadem po górskich halach, ogrodnika umiejącego wyhodować zapas jedzenia na cały rok, rzemieślnika w drewnianym domu, który potrafi sam zrobić sobie półkę, buty i naprawić rower... Wzrusza nas widok mężczyzn rąbiących drewno i kobiet łuskających fasolę... 


Kiedy jednak skosztujemy takiego życia i porządnie się spocimy lub wynudzimy, tęsknimy za maszynami i elektroniką, za tym, by ktoś zrobił coś za nas. Inwestujemy w nowe sprzęty, wyrzucamy stare i kupujemy coraz to "doskonalsze" modele. Jesteśmy tak przekonani o wartości tych sprzętów, że sami polecamy je innym - ileż to razy słyszeliśmy lub mówiliśmy "Przydałby Ci się...". Która ze współczesnych gospodyń nie słyszała o Termomixie? 


Jeśli wielkie czarne pudło zajmuje centralne miejsce w Twoim salonie, zdarza Ci się wracać kilka kilometrów po zapomniany w domu telefon, mimo, że przez to spóźnisz się na umówione spotkanie, nie wyobrażasz jazdy na rowerze bez licznika, to mój artykuł najprawdopodobniej Cię nie porwie, być może nawet wyda się dziwny i denerwujący. 

Sama zastanawiam się ciągle gdzie jest granica, co się faktycznie jest przydatne i praktyczne, a co nie. Do stopniowej powolnej rezygnacji z elektrycznych i elektronicznych sprzętów zainspirowała mnie tęsknota za prostotą, ale też psujące się i znikające liczniki rowerowe, kategoryczne stwierdzenie męża, że rezygnuje z telefonu komórkowego oraz filmy i książki poruszające temat elektroprzemysłu i elektrośmieci. W dzisiejszym poście postaram się opisać moje pokusy, próby i doświadczenia w rezygnowaniu z rzeczy, które uznałam za niepotrzebne. Jeśli uda mi się zainspirować kogokolwiek do rezygnacji z zakupu jakiegoś sprzętu na prąd, będę bardzo szczęśliwa!

poniedziałek, 5 września 2016

Rozgrzewająca zupa kukurydziana.

Zupa kukurydziana to jedno z moich wspomnień z dzieciństwa. Cudownie sycąca i rozgrzewająca. Niezwykle prosta w przygotowaniu. W rodzinnym domu nazywaliśmy ją siorbatką, gdyż zwykle trafiała na stół, gdy była za gorąca by ją zjeść... ;)