wtorek, 13 września 2016

Z prądem czy bez? O moich skromnych próbach rezygnacji z tego co elektryczne.

Wielu z nas marzy o życiu prostym i prostej codzienności, a przynajmniej tak twierdzi. Pociąga nas romantyczna wizja pasterza mieszkającego w szałasie i chodzącego ze swym stadem po górskich halach, ogrodnika umiejącego wyhodować zapas jedzenia na cały rok, rzemieślnika w drewnianym domu, który potrafi sam zrobić sobie półkę, buty i naprawić rower... Wzrusza nas widok mężczyzn rąbiących drewno i kobiet łuskających fasolę... 


Kiedy jednak skosztujemy takiego życia i porządnie się spocimy lub wynudzimy, tęsknimy za maszynami i elektroniką, za tym, by ktoś zrobił coś za nas. Inwestujemy w nowe sprzęty, wyrzucamy stare i kupujemy coraz to "doskonalsze" modele. Jesteśmy tak przekonani o wartości tych sprzętów, że sami polecamy je innym - ileż to razy słyszeliśmy lub mówiliśmy "Przydałby Ci się...". Która ze współczesnych gospodyń nie słyszała o Termomixie? 


Jeśli wielkie czarne pudło zajmuje centralne miejsce w Twoim salonie, zdarza Ci się wracać kilka kilometrów po zapomniany w domu telefon, mimo, że przez to spóźnisz się na umówione spotkanie, nie wyobrażasz jazdy na rowerze bez licznika, to mój artykuł najprawdopodobniej Cię nie porwie, być może nawet wyda się dziwny i denerwujący. 

Sama zastanawiam się ciągle gdzie jest granica, co się faktycznie jest przydatne i praktyczne, a co nie. Do stopniowej powolnej rezygnacji z elektrycznych i elektronicznych sprzętów zainspirowała mnie tęsknota za prostotą, ale też psujące się i znikające liczniki rowerowe, kategoryczne stwierdzenie męża, że rezygnuje z telefonu komórkowego oraz filmy i książki poruszające temat elektroprzemysłu i elektrośmieci. W dzisiejszym poście postaram się opisać moje pokusy, próby i doświadczenia w rezygnowaniu z rzeczy, które uznałam za niepotrzebne. Jeśli uda mi się zainspirować kogokolwiek do rezygnacji z zakupu jakiegoś sprzętu na prąd, będę bardzo szczęśliwa!

Rzeczy, z których zrezygnowałam:
  • licznik rowerowy
Jazdę na rowerze lubiłam od dziecka. Gdy jeszcze nie było takich aplikacji jak endomondo lub strava, marzyłam o liczniku rowerowym. Wydawało mi się, że mierzenie pokonywanych odległości i prędkości jest niezbędne. Cóż, prawdę powiedziawszy odbierał mi niekiedy przyjemność z jazdy. Należę do osób, które boją się prędkości, byłam przerażona widząc na liczniku 50km/h lub więcej (wolałabym nie wiedzieć, że tak szybko jadę). Przekonałam się też na własnej skórze, że odległości nie są wymierną wartością. Czasem kilka kilometrów w terenie lub pod wiatr jest trudniejsze w pokonaniu niż kilkanaście lub kilkadziesiąt po idealnym asfalcie. Kiedy pierwszy mi ukradziono, a drugi po dwóch zimach się zepsuł postanowiłam nie kupować kolejnych. Choć czasem jestem ciekawa ile kilometrów pokonałam lub ile godzin jechałam, to nie wiem czy kiedykolwiek dam się przekonać do zakupu takiego gadżetu. Jazda na rowerze sprawia mi masę frajdy tak czy siak i nie sądzę by licznik coś tu zmienił.
  • suszarka do włosów i waga łazienkowa
Te sprzęty towarzyszyły mi od dziecka, gdyż były w domu mamy. Po wyprowadzce nie kupiłam ich bo w wynajmowanym mieszkaniu nie było na nie miejsca. Po kilku latach doszłam do wniosku, że wcale nie są niezbędne. Włosy suszą się same, a ważyć nie trzeba się na tyle często by posiadać własną wagę.
  • telefon
Tak naprawdę to nie ja zrezygnowałam z telefonu, tylko mąż. W okolicach ślubu zepsuł mu się telefon i uznał, że to doskonała okazja, by nie kupować nowego. Choć decyzja ta wydawała mi się skrajnie dziwna i wtedy chyba nie do końca rozumiałam dlaczego ją podjął, zgodziłam się na nią. Dziś funkcjonujemy z jednym telefonem. Gdy się gdzieś umówimy, jesteśmy na czas. Gdy ktoś nie odbiera uznajemy, że widać nie może (zamiast panikować). Rezygnacja z telefonu, używanie jednego na spółkę nauczyła mnie dystansu i pokazała, że telefon komórkowy to nie jedyny sposób kontaktu z innymi ludźmi. W wyjątkowych sytuacjach są też inne opcje komunikacji. 
  • radio
Kiedyś byłam fanką słuchania radia i muzyki. Dziś wolę ciszę. Kolejny sprzęt, który nie przyjechał ze mną do nowego domu.
  • elektryczny czajnik
To sprzęt, który zawsze mnie denerwował. Nie rozumiałam po co zajmuje dodatkowe miejsce w kuchni, skoro można ustawić niezawodny, długowieczny, zwykły czajnik lub garnek na gazie. 

Pokusy, którym się opieram:
  • smartfon
Od czasu do czasu chodzi mi po głowie, że gdy wykończę naszą starą NOKIĘ kupię sobie smartfona. Internet na jedno kliknięcie, duży wyświetlacz, możliwość zainstalowania różnych aplikacji i sprawdzania rzeczy na bieżąco (zamiast szukania w Internecie przed i zapisywania na kartce, którą chowam do portfela przed wyjściem z domu), aplikacje mierzące i analizujące sportowe postępy - tyle możliwości, tyle pokus! Ale za każdym razem zastanawiam się, czy skoro nie mając tego jestem szczęśliwa, to potrzebuję czegoś nowego? Czy moja poczciwa NOKIA, która umie tylko dzwonić i wysyłać SMSy mi nie wystarcza? Czy aplikacje są ważniejsze od faktu, że mogę ładować telefon raz na tydzień i pójść w siną dal bez zbędnych kabli i troski o gniazdka elektryczne? Wreszcie, czy nie ulegnę trendowi, nie wyłożę telefonu na stół i nie będę co jakiś czas patrzeć się w ekran tego cuda, zamiast w oczy rozmówców lub drzewa?
  • elektroniczny czytnik książek
To kolejny gadżet, który chodzi za mną od miesięcy. Jestem molem książkowym i podoba mi się idea, że można kilka książek zmieścić w jednym miejscu. Że gdy jedziemy gdzieś na kilka dni, to nie trzeba targać ze sobą całej walizki papierów. Ponadto książki elektroniczne są w dzisiejszych czasach łatwo dostępne i tańsze, niż te drukowane. Z drugiej strony jest to elektroniczny gadżet, coś do wytworzenia czego użyto plastiku i rzadkich metali, coś co wymaga kabla i ładowarki. Coś co może się zepsuć. Do tego nie pachnie papierem, nie da się włożyć w to zakładki, ani pójść po książkę do biblioteki i zainspirować rozmową z miłą panią bibliotekarką. Pożyczając książkę w wersji elektronicznej od koleżanki nie musimy jej widzieć. 

Alternatywy, czyli mechanika zamiast elektroniki:
  • ręczna wyciskarka do soków
Kilka lat temu zapragnęłam wyciskać soki ze świeżych warzyw i owoców. Uparłam się, żeby było ekologicznie! I co? Znalazłam ręczną wyciskarkę. Przypomina startej daty maszynki do mięsa. Przykręca się ją do blatu stołu i obraca korbką... Trzeba się trochę namachać, ale za to szybko się ją myje i łatwo czyści, bo można każdą część włożyć po zlewu bez obawy, że zalejemy silnik. Jedyne co mnie zmartwiło, to fakt, że wyciskarka ma dużo plastikowych części. Chyba nie da się kupić sprzętów idealnych....
  • stary Singer, czyli najlepsza maszyna do szycia
Jestem szczęściarą, że dostałam po prababci stara maszynę do szycia. Uczyła się na niej szyć moja mama, uczyłam się szyć i ja. Jest pięknym meblem i jest niezawodna. Przeszyje materiał każdej grubości. Wybacza błędy początkujących szwaczek, ma prostą konstrukcję i nie trzeba jej często serwisować. W małej kawalerce w mieście, gdzie mieszkaliśmy po ślubie nie było na nią miejsca i zdecydowałam się na elektryczną maszynę z różnymi ściegami (nota bene, również Singer - ciężki 30-letni sprzęt, w którym jedyną plastikową częścią jest kawałek obudowy) Kiedy jednak mama przywiozła mi starego poczciwego żeliwno-drewnianego Singera w góry, wiem, że jeszcze nie raz z niego skorzystam i kto wie, czy nie poszukam do kompletu równie wiekowego overloka...

Elektronika, z której jeszcze korzystam - ku mojemu przerażeniu, nie jest tego mało!
  • młynek do mielenia ziół, przypraw, ziaren i nasion
  • blender
  • waga kuchenna
  • płyta indukcyjna
  • komputer
  • aparat fotograficzny 
  • maszyna do szycia
  • telefon
  • depilator
  • pralka
  • lodówka
  • odkurzacz
  • latarki i lampki do rowerów oraz ładowarki do baterii
  • odtwarzacz MP3 wraz z głośniczkiem (tego zestawu używałam ucząc języków w mieście)
  • elektryczna żyłkowa podkaszarka do trawy
W domu jest także drugi komputer, piła wahadłowa, sprzęty typu wiertarka, wyrzynarka i szlifierka oraz maszynka do strzyżenia, retro sprzęt grający i keyboard, z których korzysta i które obsługuje mój mąż.

Co opuści nasz dom w najbliższym czasie? Nie mam pojęcia! Bardzo bym chciała, żeby tych wszystkich elektronicznych rzeczy było coraz mniej. Nie podważam przydatności i użyteczności wielu sprzętów na prąd. To co dla mnie jest praktyczne, dla kogoś może być zupełnym zbytkiem i na odwrót. Wydaje mi się jednak, że często dajemy sobie wmówić, że czegoś potrzebujemy. Dochodzi do tego, że obsługa tych sprzętów, ładowanie baterii itp zajmuje nam więcej czasu, a przechowywanie cenną przestrzeń i chodzimy sfrustrowani. Wynajdujemy nowsze modele, ciężko pracujemy by na nie zarobić i nie mamy czasu cieszyć się prostotą, za którą tęsknimy. Przyzwyczajeni do sprzętów, które robią coś za nas, tracimy siłę i cierpliwość do wykonywania wielu prac, które nie przekraczają naszych możliwości. 

Kolejnym konsekwencją używania sprzętu elektronicznego i główną przyczyną mojej nienawiści do tych urządzeń jest aspekt ekologiczny. Ile energii i surowców zużywamy by wszystkie te sprzęty wyprodukować? Czy da się je bezpiecznie zutylizować, gdy się zepsują? Jakie są realne koszty pralki, komputera, czy smartfona?

Inspiracją do napisania tego artykułu jest akcja EKSPERYMENTujesz na blogach Ograniczam Się i Na nowo śmieci, które regularnie śledzę i chciałabym Wam polecić! Sama jeszcze zastanawiam się jak przyłączyć się do tej inicjatywy. Może będzie to kolejna próba częstszego bycia offline?

Na koniec dwa linki, do filmów dokumentalnych, które warto zobaczyć - "Prawdziwa cena naszej komórki" oraz "Elektrośmieci zalewają świat".


Jestem też bardzo ciekawa, czy także powoli rezygnujecie ze swoich sprzętów - jeśli tak, to kiedy, dlaczego, jak i z czego?! Liczę na jakieś inspirujące porady!



EDIT (2016.11.15): Pożyczyłam czytnik od siostry. Doceniam jego zalety, ale nadal wolę książki papierowe. Na czytniku czytam książki, których nie ma w lokalnej bibliotece lub nie jestem w stanie zdobyć w inny sposób. (2017.06.24) Oddałam czytnik.

EDIT (2017.01.11): W końcu padł młynek, w którym mieliłam na mąkę zboża, kasze i płatki, oleiste ziarna (siemię lniane, dynię, słonecznik, orzechy i przyprawy. Udało się jednak skompletować metalowo-drewniany zestaw zastępczy, napędzany ręcznie. Hurra!

EDIT (2017.05.08): Kupiłam suszarkę do włosów, do suszenia pupy maleństwa, co ma zapobiegać odparzeniom.

4 komentarze:

  1. Mogłabym Cię czytać godzinami...nie napisałabyś przypadkiem książki w pół roku? Takiej wiesz...papierowej? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam kiedyś książkę, ale na zupełnie inny temat. ;) Póki co, w temacie ekologii, gdzie jeszcze raczkuję, zostanę przy blogu.

      Usuń
  2. czyli w sumie z niczego Pani nie zrezygnowała...ja telefonu nie mam od lat, radia też, licznik rowerowy to chyba żart w ogóle, suszarki nie mam, waga jest na bateryjkę i jak padnie to padnie. Dodatkowo nie mam wagi kuchennej, blendera, płyty indukcyjnej a w zimie lodówki bo zimno za oknem i wystarczy. A za chwile odpadnie odkurzacz bo panele zmywam mopem. Tak że nie wiem czy się Państwo jakoś poświęcili specjalnie...aha samochodu też nie mam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie! Wydaje mi się, że mimo wszystko mało kto tak żyje w dzisiejszych czasach. My też nie mamy samochodu, ale o nim tu nie pisałam, bo nie mając go wcześniej i nie traktując jako pokusy z niczego nie musieliśmy rezygnować.

      Jak komunikuje się Pan/Pani ze światem? Czy korzysta Pan/Pani z telefonu jakiegoś domownika lub sąsiada? Co jeśli zdarzy się wypadek?

      Na czym Pan/Pani gotuje? Jak odmierza składniki w kuchni? Czym smaruje chleb? Sprzęty kuchenne wydają mi się niezbędne bo wszystko gotuję sama z półproduktów. Nie wyobrażam sobie jak zrobić majonez, zupę krem, czy pastę do chleba bez blendera albo jak zmielić np. siemię lniane?

      Z lodówką jest śmiesznie, bo w sumie używamy prawie tylko zamrażalki, w której mam plony z naszych upraw (bób, kukurydzę, szpinak, groszek) - dzięki temu nie kupuję puszek i mrożonek.

      Usuń