poniedziałek, 22 lutego 2016

Uzależnienie od Internetu, kolejne próby bycia OFFLINE i wiele korzyści z tego płynących...

Choć nałóg kojarzy się zwykle z papierosami, alkoholem lub narkotykami, to wielu z nas nie zdając sobie z tego sprawy jest uzależnionych od jedzenia, kupowania lub Internetu. Należę do ostatniej grupy ludzi, usilnie z tym walczę i jest mi bardzo wstyd. Prowadzenie bloga i praca przez Internet w tym nie pomaga...

Dziś spróbuję opowiedzieć Wam swoją historię i opisać próby, które podejmuję by żyć offline oraz korzyści z tego płynące. Mimo, że wiele z nich było długotrwałych, to jeśli mam Internet, zdarzają się okresy kiedy potrafię przesiedzieć przed komputerem pół dnia. Staram się czytać wartościowe artykuły, oglądać mądre materiały, ale i tak jestem na siebie zła i boli mnie głowa. Równocześnie doceniam każdy dzień i każdą chwilę poza siecią, nie cierpię też specjalnie gdy nie mam dostępu do komputera, jeśli jednak przed nim zasiądę - nierzadko odpływam...  





Pierwszy okres świadomie spędzony bez Internetu było rocznym stypendium w Indiach. Miałam wtedy niewiele ponad 20 lat i podczas tego roku z dala od rodziny, bliskich mi osób i normalności tęskniłam przeokropnie, a jednak dało się. Internet nie był jeszcze w tym kraju powszechnie dostępny, łącza miały słabą jakość, a koszt abonamentu wykraczał ponad studencką kieszeń. Zdecydowałyśmy się korzystać raz na jakiś czas z kafejek. Pisałam długie maile w Wordzie, zgrywałam je na pendrive'a, robiłam sobie listę rzeczy do sprawdzenia i chodziłam co jakiś czas (raz na kilka tygodni) do kafejki, gdzie spędzałam góra godzinę, zgrywając potrzebne dane na mój mały przenośny dysk. Odcięcie od sieci miało wiele zalet - wysyłałam papierowe listy i kartki do znajomych, prowadziłam notatki w notesie, przeżywałam każdą chwilę i wiele nauczyłam się o sobie.

Drugi rok bez Internetu zaczął się, gdy skończyłam studia, podjęłam pierwszą pracę i wyprowadziłam się z domu. Przez cały tydzień notowałam rzeczy do sprawdzenia lub załatwienia w sieci i siadałam nad nimi, gdy w weekendy jeździłam do mamy. Nie chcąc poświęcać zbyt dużo czasu przed komputerem, załatwiałam wszystko z godzinę lub dwie i szłam na spacer. Było to czasem dość uciążliwe, ale dzięki temu okresowi nauczyłam się odpoczywać świadomie i uspakajać umysł. Wieczory spędzałam z książką, na spacerach lub biegach albo na herbacie u koleżanek, które mieszkały w pobliżu...

Kolejnego roku pracowałam w korporacji i brak Internetu w domu był odpowiedzią na ból głowy, który towarzyszył mi codziennie kiedy siedziałam przed komputerem po co najmniej 8 godzin i przetwarzałam tysiące danych. Brak Internetu wieczorami i w weekendy nie był żadnym problemem, a właściwie błogosławieństwem.

W następnym roku założyłam własną działalność, uczyłam języków i pisałam podręcznik do nauki hindi. Życie bez Internetu wydawało się szalone! A jednak udało się. Stary sposób z listą i regularne odwiedziny w bibliotece załatwiały sprawę.

Później jednak zdecydowałam się na łącze Internetowe w domu i ten przydatny choć uzależniający kolega towarzyszy mi już prawie dwa lata. Miał służyć do pracy (pisałam kolejny podręcznik) i ściągania wegańskich przepisów. Od tamtej pory zdarzają się dni, a zwłaszcza wieczory (szczególnie te deszczowe i zimne), kiedy siedzę przed komputerem zdecydowanie dłużej niż bym chciała, niekoniecznie pracując. 

Podejmuję wiele prób (brak Internetu w weekendy, Internet dwa razy dziennie itp.) ale każda kiedyś zawodzi. Zawsze jest jakiś dobry powód by sprawdzić maila, zobaczyć, czy ktoś nie odpisał, spojrzeć na przepis lub uporządkować zdjęcia, natchnienie by napisać posta właśnie teraz... 

Przeczytałam też książkę Leo Babauty "Skup się" (polecam), zainspirowała, oczarowała stwierdzeniem, że takie uzależnienie może być odpowiedzią na jakiś brak lub pragnienie i trzeba je określić, a potem pomyśleć jak zaspokoić w inny, wartościowszy sposób. Walczę więc dzielnie! Ostatnią próbą jest spędzanie czasu przed komputerem tylko do południa i w czasie pracy (lekcje, pisanie postów). Częstsze dzwonienie do znajomych i wynajdowanie małych przydatnych czynności do zrobienia w wolnym czasie. Ponieważ żal mi poranków, taka sesja trwa teraz maksymalnie 2 godziny. Od tygodnia się udaje, ale zobaczymy co będzie dalej... Siedmiodniowy rygor Internetowy pozwolił przeczytać 4 książki, zrobić pierwsze wiosenne porządki w ogrodzie i obrać z łupin całkiem sporo orzechów włoskich. Trzymajcie kciuki!

Też tak macie? Jakie są Wasze sposoby na życie offline?

5 komentarzy:

  1. Ja mam taki sposób, że w takie dni postanawiam do komputera nie podchodzić planuję sobie inne rzeczy do robienia które mnie wprawiają w dobry humor :) np. szycie :) mam wrażenie że tak jak pokolenie moich rodziców jest w pewien sposób uzależnione od telewizji, tak moje pokolenie właśnie od internetu :) My nie mamy w domu tv, ale internet musi być ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja - podobnie jak Ty - staram się mieć weekendy offline. Miałam też wyzwania trwające więcej dni i cały czas walczę ze sobą, żeby odciąć się bardziej. Czasem robię odwrotnie - po pracy nie otwieram już komputera, za to w weekendy nadrabiam, piszę posty na bloga i czytam u innych. Zauważyłam już, że życie bez internetu jest trudniejsze niż bez TV (bo to drugie mi się nawet udaje).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie bez TV nie stanowi dla mnie żadnego wyzwania, bo nigdy TV nie miałam. Kiedyś nałogowo słuchałam radia, ale dziś wolę ciszę (przyszło samo).

      Natomiast Internet to prawdziwa pułapka w moim przekonaniu. Tyle tekstów, informacji, filmików, zdjęć... Większość tego co oglądam naprawdę mnie interesuje i inspiruje, a jednak mam poczucie, że to za dużo. Mam ogromny problem z wytyczeniem granic, powiedzeniem dość, kiedy już siedzę przed komputerem i nie mam żadnych godzinowych zobowiązań.

      Usuń
  3. super wpis!to jest coś, nad czym ostatnio też dużo myślę. Ja mam problemy z FB bardziej, bo denerwuje mnie, że na FB istnieje jakaś taka "druga rzeczywistość", którą potem ludzie w życiu offline też komentują. kurczę, nie wiem jak to wytłumaczyć :) ale denerwuje mnie jakieś takie podwójne "bycie", że się gdzieś loguję i widzę nagle co robi tak dużo ludzi, strasznie to dla mnie dziwne. Co do bycia offline to u mnie w domu, teraz jak mieszkam z rodzicami - nie mamy wifi, co jest cudowne :) jak chcę coś sprawdzić, to idę do komputera podłączonego do kabla i zazwyczaj zajmuje mi to chwilę. ale też, jak teraz wrócę do Polski mam plan żeby sprawdzać internet raz dziennie 1 h np rano. Myślę, że to może albo kwestia, że chcesz być właśnie w kontakcie z ludźmi, których nie ma obok Ciebie. albo , co w Twoim przypadku dziwne, bo robisz dużo rzeczy w stylu szycie, książki, ogródek, rower, rękodzieło, ale czasem ludzie po prostu nie wiedzą co robić, nie mają żadnego takiego hobby. ale naprawdę fajny, szczery wpis i w tym jego moc :) dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam takie problemy. ;) mi się marzy w ogóle powrót do życia bez tego, że "muszę coś sprawdzić", ale niestety tak się chyba już nie da...

    OdpowiedzUsuń