piątek, 30 września 2016

Wrzesień 2016, pierwszy rok w Beskidzie za nami!

Wrzesień to dla nas miesiąc szczególny. Świętujemy pierwszą rocznicę przeprowadzki w Beskid. Za nami rok absolutnie wyjątkowy - pełny nowych doświadczeń oraz wynikających z nich radości i zmęczenia, a także wciąż pojawiających się planów i marzeń, jak żyć lepiej...

We wrześniowym podsumowaniu znajdziecie więc nie tylko informacje o tym, co robiliśmy w pierwszych dniach tegorocznej jesieni, ale też wspomnienia z pierwszego roku na Łemkowszczyźnie.


Państwo Bakłażan zapraszają do lektury!

Wrzesień upłynął pod znakiem zbiorów i przetworów (czyli podobnie jak sierpień). Dalej walczyliśmy z pomidorami (wynoszonymi wiadrami spod folii). Zebraliśmy kopiastą taczkę kukurydzy. Trochę za późno, bo choć liście były jeszcze zielone, część ziarenek zaczęła już schnąć i przestała być mlecznosoczysta. Po dniu oskubywania kolb z ziarniaków i wypchania zamrażalnika kilkunastoma litrami żółtych ziarenek miałam już tak dość, że ponad połowę zbioru rozdaliśmy sąsiadom. Wrześniowe zbiory to także kilkanaście cukinii, ponad dwadzieścia dyń i pełna taczka buraków-gigantów! Cukinie i dynie rozdajemy komu się da i dodajemy do prawie każdego obiadu. Buraki przetworzyła nam moja mama i mamy zasłoikowany zapas na całą zimę. Te, które nie trafiły do słoików, powoli zjadamy - wyciskamy soki i dodajemy do obiadów. Regularnie zbieramy też papryki, nie ma ich tyle, żeby robić przetwory, ale na sałatki, kanapki, zupy i zapiekanki zdecydowanie wystarcza. By uporać się ze skomasowanymi zbiorami, kilka razy w tygodniu stołujemy się warzywami z piekarnika. 


Warzywna dostawa prosto z grządek. Taczki uginają się od pyszności...

... a spiżarnia obrasta w zapasy.
Buraki giganty wołają by je zjeść!
Ale zbiory i przetwory to nie tylko to, co rośnie w grządkach, to także "skarby chaszczowisk" ;). W tym roku zajął się nimi mąż. Zrobił soki i galaretki z owoców kaliny, czarnego bzu i jeżyn. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że kalina jest niemożebnie gorzka. :(

Owoce kaliny.
Ta sarna wybiegła z krzaków dwa metry ode mnie, gdy przystanęłam by sfotografować owoce kaliny.
Dawno się tak nie wystraszyłam.
Owoce czarnego bzu.
W końcu udało nam się ogrodzić grządki i sad. Dwieście dwadzieścia metrów siatki leśnej zostało rozciągnięte i przyczepione do słupków wkopywanych w sierpniu. Wykosiliśmy także sad przed zimą i posadziliśmy truskawki. Wraz z likwidowaniem upraw, tzn. zbieraniem kolejnych rodzajów warzyw krok po kroku przekopujemy grządki. By nieco przyśpieszyć te czynności kupiliśmy glebogryzarkę - grządek mamy naprawdę sporo i baliśmy się, że przekopując je łopatą nie zdążymy przed zimą.

Jesienne grządki (zachwaszczone, że aż wstyd), ale mamy już ogrodzenie!
Przy pomocy glebogryzarki powiększyliśmy klomb z kwiatami i ogrodziliśmy go kamieniami. Dzięki temu będziemy mieć trochę miejsca, by zasadzić cebulki tulipanów, hiacyntów, krokusów itp. Zrobiłam też wreszcie porządek z ziołami w doniczkach na tarasie i ścięłam kwiaty lawendy przed zimą.

Rozbudowując klomb zniszczyliśmy trochę dalii...



Pod koniec miesiąca zabraliśmy się za drobne przedzimowe remonty w domu. Mąż naprawił odpływ umywalki w toalecie na poddaszu i wreszcie nic nie cieknie do dolnej łazienki. Udało się też zamontować szyber przy wyjściu spalin z pieca kuchennego. Bardzo zależało nam na tym, by po wypaleniu się drewna i żaru ciepłe powietrze nie uciekało w komin, tylko dalej grzało piec. Zdun, który rozbudowywał piec w styczniu, stwierdził, że choć jest to dobry pomysł, taki szyber się nie zmieści. Cóż, mam męża uparciucha, w ruch poszedł majzel, szlifierka, cement, mieszanka szamotowa i kielnia, a w piecu pojawił się szyber! No i pierwsze doświadczenia murarsko-zduńskie za nami!

Super zaprawa!

Profesjonalne docinanie cegieł.



Rok za nami! Rok bez samochodu (okazało się, że na wsi też się da) i na prawie wegańskiej diecie. Rok, w którym plony przerosły nasze najśmielsze oczekiwania, mimo że na początku marca grządki były zachwaszczoną łąką. Rok pełen wyzwań i nieprzewidzianych problemów.

Październik.
Grudzień.
Luty.

Dwa dni temu podczas obiadowej rozmowy stwierdziłam: "Rok temu byliśmy przecież w szarej dupie. Z dachem, z drewnem z piecem." Cóż, tak właśnie to wyglądało. Nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy jakie czekają na nas wyzwania. Plan na październik zakładał jak najszybsze uporanie się z drewnem, by mieć czym palić w piecu. Po cichu liczyliśmy, że być może znajdziemy czas, żeby zasadzić kilka drzew owocowych i zbudować toaletę kompostująca... Życie szybko zweryfikowało ten plan. Drugiego października przyszedł pierwszy przymrozek, a wraz z nim w domu zrobiło się naprawdę chłodno... 

Przez kilka kolejnych miesięcy ocieplaliśmy dom. Coraz krótsze i zimniejsze dni. Stuk młotka przy odbijaniu desek i wybijaniu gwoździ. Kryształki wełny mineralnej, które wchodziły do oczu i nosa. Częste wizyty w sklepie gospodarczym, by kupić wkręty, których zawsze było za mało. Nadgarstki obolałe od trzymania wkrętarki i palce lepkie od kleju do drewna. To wspomnienia z remontu poddasza. 

Pierwszy rok w Beskidzie to dla mnie szkoła cierpliwości. W kółko trzeba było na coś czekać, ciągle coś się opóźniało. Deski z tartaku przyjechały miesiąc po terminie. Choć już na początku października zorientowaliśmy się, że piec kuchenny nie wystarczy by ogrzać nasz mały dom, zduna doczekaliśmy się dopiero w grudniu, a remonty piecowe przeciągnęły się do stycznia. Na drewno opałowe, które zamawialiśmy jeszcze w zimie, czekaliśmy do lipca. Kładkę udało się zrobić dopiero w czerwcu... 

Zima minęła nam pod znakiem samotności. Przez sześć miesięcy prawie nikt nas nie odwiedzał. Kiedy nie pracowaliśmy i nie remontowaliśmy, czytaliśmy książki, rozmawialiśmy, spacerowaliśmy i krzątaliśmy się po domu. Przyzwyczailiśmy się do spokoju i ciszy.

Od początku kwietnia natomiast goście pojawiali się co najmniej raz w tygodniu. Nigdy tak często nikogo nie nocowałam, tak dużo nie gotowałam, tak regularnie nie
ćwiczyłam się w asertywności i nie uczyłam gościnności. Choć przyjmowaliśmy tylko rodzinę, przyjaciół oraz znajomych, to tłumaczenie dlaczego żyjemy właśnie tak i wysłuchiwanie tysiąca porad oraz wskazówek bywało niekiedy bardzo męczące. 

Mimo wszystko, częste wizyty nie zniechęciły nas do planu założenia w przyszłości ekologicznej agroturystyki z wypożyczalnią rowerów. Jednośladów stale nam przybywa, a goście chętnie z nich korzystają i (co najważniejsze) wracają z przejażdżek z uśmiechem na twarzy, mówiąc, że chcą jeszcze!



Tam będą grządki i sad. Koniec marca.




Grządki i sad pół roku później, czyli koniec września.

Systematyczne dłubanie w grządkach i kuchenna krzątanina zaowocowały masą przetworów i mrożonek. Mam nadzieję, że starczy ich na całą zimę. Z darów lasu i łąki zrobiliśmy kilka nalewek (jałowcówkę, malinówkę, jeżynówkę, dziurawcówkę i tarninówkę).

Powolutku poznajemy sąsiadów (niezwykle serdecznych i pomocnych) i zaprzyjaźniamy z ludźmi z okolicy mającymi podobne zainteresowania. Coraz więcej dowiadujemy się o przyrodzie, lesie, grzybach i uprawie warzyw. Coraz bardziej zakochujemy się w górach...

Ciężko w jednym poście podsumować absolutnie wszystko, co wydarzyło się przez ten rok. Zresztą sporo zostało już opisane... Tych, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej o naszym życiu w Beskidzie zapraszam do lektury bardziej szczegółowych podsumowań:
Być może dzięki temu, że od razu znaleźliśmy się na głębokiej wodzie wpadliśmy w trans pracy, poprawiania, naprawiania i tworzenia. Może dzięki temu tyle rzeczy zrobiliśmy i tyle się nauczyliśmy. 

A jednak! Nie wszystko się udało! W ferworze pracy i braku czasu o niektórych planach prawie już zapomnieliśmy.

Dalej nie mamy piwnicy, budynku gospodarczego ani toalety kompostującej. Ściany kuchni, łazienki i spiżarni wciąż czekają na ocieplenie. Nie zrobiliśmy lamp z taśmami LED, o których myśleliśmy jeszcze przed przeprowadzką.

Nie zasadziliśmy ani jednej topoli energetycznej, a chcieliśmy mieć własny opał w kolejnych latach. Zagajniki ciągle czekają na wysprzątanie, teren wokół stawu na zagospodarowanie, a lista gatunków drzew i krzewów, które chcielibyśmy zasadzić stale się powiększa. Mimo, że wybudowaliśmy wiatę na drewno i tak jest za mało zadaszonej powierzchni do jego przechowywania. Nie mamy też gdzie trzymać desek na ewentualne budowy.

Nawet uprawiając owoce i warzywa popełniliśmy sporo błędów. P
rzygotowaliśmy za dużo rozsad, dalej siejemy i sadzimy za gęsto. Ponieważ nie mamy piwnicy, nie mamy gdzie przechowywać ziemniaków, buraków i marchwi. Nie udało się ukisić kapusty ani wyhodować selerów większych niż pięść dziecka. Za późno posadziliśmy czosnek i posialiśmy fasolę. Wyhodowaliśmy masę bakłażanów i nie wiemy co z nimi zrobić. Winogrona przycięliśmy tylko raz na wiosnę - nie dość, że kiści było mało, to jeszcze bardzo zacienione owoce wyszły potwornie kwaśne. Nie spróbowaliśmy nawet zrobić domowego wina. Zioła w doniczkach na tarasie świetnie smakowały od kwietnia do czerwca, natomiast letnia partia wyszła słaba, blada, żylasta i nieapetyczna. Część drzewek i krzaków w sadzie uschła, a niektóre wyglądają bardzo biednie.

Wbrew pierwotnym założeniom nie udało nam się obrobić wszystkiego ręcznie - kupiliśmy w końcu piłę spalinową, elektryczną podkaszarkę i glebogryzarkę (również na prąd). 

Ścisła wegańska dieta na odludziu, z daleka od sklepów z nietypowymi produktami okazała się trudniejsza niż w mieście. Chcąc kupić roślinne słodycze lub mleko, płatki drożdżowe i tym podobne produkty, stawałam przed dylematem - czy fundować światu kolejne spaliny, plastikowe kartoniki i folie bąbelkowe, czy spuścić z tonu i wybrać coś nie wege ale na wagę do własnego opakowania? Często dzieląc się z sąsiadami naszymi plonami dostawaliśmy od nich wiejskie jajka lub ser. Mogłam odmówić. Mogłam też sama przygotować słodycze lub pizzowy ser z ziemniaka, ale uczciwie przyznaję, że nie zawsze to robiłam.

14 komentarzy:

  1. Serdecznie gratuluje sukcesów :) Ja za rok wracam do Polski po 3 latach mieszkania w Azji... to też będzie "hardcore" ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mimo tego że nie wszystko Wam wyszło, to i tak plusów jest znacznie więcej! Gratuluję i trzymam kciuki za otwarcie agroturystyki, sama bardzo chętnie bym skorzystała z możliwości odpoczynku w takich warunkach. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno damy znać, ale jeszcze trochę to potrwa. ;)

      Usuń
  3. Dorota,jesteście z Bartkiem arcydzielni!!!W głowie nam "miastowym"się nie mieści ile czasu,wysiłku i zmęczenia Was to kosztowało. Wszystkiego dobrego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas, wysiłek i zmęczenie przełożył się na szczęście na MOC radości!

      Usuń
  4. Zapomniałam dodać że pewnie też dużo radości macie z tego Waszego miejsca skoro w podsumowaniu nie wyczuwam ani jednej nuty żalu za tym co zostawiliscie w Krakowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żalu nie ma, choć wiele rzeczy wspominamy z sentymentem.

      Usuń
  5. No mega! to ja Was będę bardziej w zimie odwiedzać ^^
    dziurawcówka? jesteście mistrzami!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziurawcówka działa ponoć wspaniale na zimową chandrę... ;):D

      Usuń
  6. Niesamowity rok z dala od cywilizacji. Poniekąd Wam zazdroszczę i coraz bardziej dojrzewam do chęci wyniesienia się na wieś (ale tylko w góry!), choć z drugiej strony wiem, jak wiele wysiłku to może kosztować.
    Jaki więc macie plan na bakłażany? Wysyłasz pocztą do Poznania? Mówię poważnie, chętnie przygarniemy w kooperatywie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kwestii bakłażanów działaliśmy bez planu, wrzucam je więc do zapiekanek. Może zrobię też ajvar... Napiszę do Ciebie na priv.

      Usuń
  7. Ale piękne podsumowanie! I te zdjęcia. Lubię taką surową wieś, a do Beskidów mam sentyment, ponieważ mój Tato pochodzi z tamtych rejonów i spędzałam tam co roku wakacje. Niestety w tym roku, własnie teraz miałam tam być, ale plany się pokrzyżowały:/ Trzymam kciuki za Wasze kolejne lata i agroturystykę!

    OdpowiedzUsuń