sobota, 31 października 2015

Październik 2015, czyli przygotowania do zimy.

Pomyślałam, że warto spisywać comiesięczne podsumowania naszego bytowania tu, w Beskidzie Niskim. Opisywać to, co się udało, co nie wyszło i co nas zdziwiło.




Październik upłynął pod znakiem przygotowań do zimy, która postraszyła nas jeszcze przed połową miesiąca.


Cztery dni po kapitalnej przeprowadzce odkryliśmy, że w dachu brakuje ocieplenia. Jakoś tak za zimno było jak na to ile grzaliśmy. Odbiliśmy deskę od wewnętrznej strony dachu i okazało się, że po wełnie mineralnej nie było ani śladu. Tylko folia, powietrze, folia i dachówki. Zadawaliśmy sobie pytania - Jak to? Jakim cudem? Dlaczego? Przecież sto razy pytaliśmy poprzedniego właściciela jak skonstruowany jest ten dom i jakie ma ocieplenie. Powiedział, że jest wełna mineralna, 20 cm - nie mało, brzmiało to dobrze. Projekt, który otrzymaliśmy po zakupie tylko potwierdzał tę wiadomość. Odkrywszy brak ocieplenia dachu, czuliśmy się oszukani i wściekli. Nie mając za bardzo innego wyboru, postanowiliśmy samodzielnie ocieplić dach. W nocy było na zewnątrz od zera do trzech stopni, jeszcze nie tak mało, a my już marzliśmy - bez wełny na dachu moglibyśmy nie przetrwać zimy. Przez kilka kolejnych dni odbijaliśmy deski z jednej połaci dachu, zupełnie nie rozumiejąc dlaczego nie ma tam wełny. I tak odbijając te deski, numerując je po kolei, wyciągając z nich niezliczoną ilość gwoździ, rozmyślając jaką ocieplinę powinniśmy kupić, natrafiliśmy na miejsce, gdzie znaleźliśmy wełnę w kawałkach, obsikaną i całą w wielkich kupach kun lub łasic oraz piórach i kościach martwych ptaków. Widok okropny, wrażenia zapachowe jeszcze gorsze. Takich miejsc na całym dachu było niemało. Szczęśliwie udało się te nieczystości usunąć, dziury w dachu zapełnić pianką, uzupełnić brakujące folie i położyć nową wełnę. By ocieplić około 55 metrów kwadratowych dachu pracowaliśmy przez trzy tygodnie wieczorami i w weekendy. W pracach dachowych bardzo pomógł nam brat mojego męża. Zostało nam już tylko jakieś 15 metrów, w odizolowanym pokoju - chcieliśmy zająć się nimi w ostatnim tygodniu października, jednak mamy tak dość tej roboty, że cały czas wymyślaliśmy inne (nie mniej pożyteczne) prace.


Uszczelnialiśmy ściany, okna i drzwi. Niestety na ekologiczne rozwiązania związane z ociepleniem lub uszczelnianiem domu zabrakło nam czasu. Dziury w mszeniu między balami, chcieliśmy pierwotnie uzupełnić samodzielnie splecionymi warkoczami ze słomy, jednak pianka okazała się rozwiązaniem szybszym.

Przygotowywaliśmy drewno na opał, 12 kubików bukowych metrówek zakupionych na początku sierpnia, zostało przez nas od tamtego czasu pociętych i porąbanych, a następnie poukładanych w drewutni i na zewnątrz wzdłuż ścian domu. Zorganizowaliśmy też miejsca na jego dosuszanie w domu. Kupiliśmy 200 kg węgla na wypadek gdyby tego drewna było za mało lub okazało się niewydajne w bardzo chłodne zimowe dni. W tym roku było to niemożliwe, ale w przyszłym zaopatrzymy się w drewno wczesną wiosną by miało czas solidnie podeschnąć.

Z powodu remontu dachu marzliśmy blisko miesiąc, jak nigdy. Wizja ciepłego drewnianego domku w górach wydawała się już momentami nierealna. Maksymalna temperatura w domu, po solidnym nagrzaniu osiągała 16 stopni. Gdy rano na zewnątrz było około 0 stopni, w domu mieliśmy ich 11. Mało. Mamy nadzieję, że teraz będzie już tylko cieplej! 






Do perfekcji doprowadziliśmy system oszczędzania wody. Metoda mycia się "na słonia", którą poznałam podczas rocznego stypendium w Indiach okazała się kluczowa. Dzięki niej by wziąć solidną kąpiel wystarczyło wiadro wody. W sumie w ciągu dnia na wszelkie czynności typu pranie, zmywanie naczyń, sprzątanie i mycie się zużywaliśmy od 4 do 6 wiader. Szarą wodę wykorzystywaliśmy do spłukiwania wody w rezerwuarze. Dlaczego się tak ograniczaliśmy? Po wyjątkowo suchym roku, woda w studni znacznie się obniżyła. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nim studnia znów się napełni może minąć kilka miesięcy. Zależało nam na tym, żeby woda w systemie hydraulicznym naszego domu cały czas była, bo gdyby jej zabrakło nie moglibyśmy grzać. W piecu, którym ogrzewamy dom zainstalowana jest podkowa, która grzeje wodę w bojlerze. Gdybyśmy wyczerpali wodę i w bojlerze byłoby tylko powietrze i moglibyśmy zepsuć cały system.

Umówiliśmy się ze zdunem aby postawił mały piec kaflowy w jednym pokoju. Ma zacząć w listopadzie.

Zrobiliśmy kilka półek i regałów oraz drobnych napraw, wymagających takich umiejętności jak cięcie drewna, wyżynanie, struganie, szlifowanie, wiercenie, wkręcanie, lutowanie, skręcanie kabli, kładzenie płytek, fugowanie itp. Przez miesiąc nauczyłam się tylu praktycznych umiejętności co jeszcze chyba nigdy.

Wszystkie te akcje, skomasowane w jednym czasie były sporym wyzwaniem, zwłaszcza, że każde z nas w między czasie pracowało zawodowo. Aby wszystkie się udały musieliśmy się zrezygnować z odpoczynku. Rowery górskie poszły niestety w odstawkę, bo nie było na nie zwyczajnie czasu i sił. 

W celach transportu, załatwień i kupna materiałów gospodarczo-budowlanych posługiwaliśmy się rowerami lub komunikacją publiczną. Kiedy potrzebowaliśmy coś dużego lub ciężkiego zamawialiśmy transport. Były to takie rzeczy jak pralka, deski, wełna mineralna, czy płyty OSB w dużej ilości - i tak nie przewiozłaby ich żadna osobówka. 




W ogrodzie stworzyliśmy jak na razie tylko jeden malutki klomb, by wsadzić cebulki tulipanów, narcyzów i szafirków podarowane mi przez koleżankę. W pobliżu domu założyliśmy sad - posadziliśmy 9 drzew i 9 krzaków owocowych. Za dostarczenie sadzonek, zagadywanie podczas wyjątkowo mozolnego kopania dołków w kamienistej glebie i pomoc przy wsadzaniu drzewek serdecznie dziękuję mojej mamie. Ku wielkiemu rozczarowaniu nie udało się nic z naszych planów zakładania grządek.

Nie daliśmy także rady zbudować toalety kompostującej. Przygotowanie domu do zimy było priorytetem. Ogrodem i otoczeniem domu zajmiemy się na wiosnę.

Szybko zorientowaliśmy się jak bardzo brakuje nam pomieszczenia lub budyneczku gospodarczego. Nim zrobiliśmy półki po całym domu walały się narzędzia, nie mieliśmy też gdzie trzymać rowerów, gdy były mokre. Samodzielna budowa małego budynku gospodarczego to kolejny plan na nieco cieplejszą porę roku. Na razie mąż zbudował stelaż na plandekę, pod który schowamy nie wykorzystywane jeszcze deski, przyczepkę rowerową, wózek transportowy itp.

W listopadzie mamy zamiar dokończyć prace na dachu i inne przedzimowe przygotowania, ale też przede wszystkim odpocząć, pojeździć na rowerze (dla przyjemności) i skupić się na zadomowianiu w nowej okolicy. Co z tego wyniknie? Zobaczymy... Być może rower trzeba będzie szybko zamienić na biegówki...

4 komentarze:

  1. Powodzenia przy ocieplaniu dachu! Trzymam kciuki, żebyście "bezboleśnie" przetrwali zimę. Uważajcie też na nieproszonych gości na strychu - skoro już raz mieliście kuny/łasicie pod dachem, to mogą tam wrócić (niestety). Pozostaje zabezpieczyć wszystkie możliwe dziury, przez które mogą dostać się pod dach, nawet lekko odstające dachówki.

    Trzymam za Was kciuki i czekam na kolejne relacje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurde, jakie historie!! :))) Mam nadzieję, że będziecie mieli cieplej teraz :)

    OdpowiedzUsuń