niedziela, 23 lipca 2017

Rowerem, pieszo i koleją z dwoma psami oraz kotem, czyli raz jeszcze o życiu codziennym bez samochodu.

Agnieszka i Pani Krysia wychowały się bez auta. Teraz razem z dwoma psami i kotem tworzą rodzinę i prowadzą wspólny dom. I choć świat poszedł do przodu, okazało się, że samochód nadal nie jest im potrzebny na co dzień. 

Zakupy na nogach.

Na moje pytania odpowiada Agnieszka - mieszkanka Gdańska, autorka bloga Hodowla Słów, na którym porusza tematy dotyczące praw zwierząt oraz człowieczeństwa. Jak sama pisze: "Tak, chcę uratować świat, choćby ten wokół mnie i udowodnić, że nie jestem z tym sama.


Skąd wziął się pomysł, by żyć bez samochodu?


Posiadanie auta nigdy nie znalazło się na mojej liście „do zrobienia / kiedy dorosnę, muszę to mieć”. Jak się człowiek w dzieciństwie wychował na animacji „Kapitan Planeta” to nie myśli o aucie jak o wygodnym środku transportu, ale jak o maszynie emitującej spaliny i kolejnej nagrzanej puszce stojącej w ciągle wydłużającym się korku.

W naszym domu nikt nie ma nawet prawa jazdy i specjalnie z tego powodu nie ubolewamy. :)

A w domu rodzinnym, w którym się wychowałaś, było auto?

Nie, od małego poruszałam się na rowerze, mieszkałam w Puławach, miasto to można zwiedzić w 30 minut. :) U Krysi w domu z kolei dziadek, ojciec i jego brat zajmowali się naprawą samochodów zawodowo, ale nie posiadali żadnego auta na własność.

Jak sobie radziliście bez?

Na nogach i na rowerze. Pamiętam, jak sąsiedzi doglądali swoich aut, niczym dzieci pod oknami, wtedy był bum na Poloneza Caro, jak ktoś miał Dacię, to był szał. My całą rodziną jeździliśmy autobusem na działkę, pamiętam, że przywoziliśmy wtedy kosze pełne warzyw i nikt nie pomyślał nawet, że potrzebny nam jest samochód. To było dla nas normalne. 

Z tego, co wiem, masz w domu dwa psy i kota. Droga do weterynarza lub wakacje ze zwierzakami to częsty powód, dla którego ludzie decydują się na cztery kółka. Jak radzisz sobie bez auta, gdy któreś z czworonogów zachoruje lub chcesz gdziekolwiek wyjechać?


Do niedawna słyszało się, że ludzie posiadający dzieci muszą mieć auto, żeby podołać trudom rodzicielstwa, a dziś także będąc opiekunem czworonoga, trzeba posiadać auto.

W przypadkach awaryjnych korzystam z taksówek, w których wystarczy zadeklarować transport zwierząt i można je bez problemu przewieźć do weterynarza. Pomocą i zrozumieniem wykazują się także znajomi, którzy wsparli nas w trakcie długotrwałego leczenia naszego kota.

Nie cierpiące zwłoki przypadki planujemy z małym wyprzedzeniem, korzystając z transportu miejskiego. Psy przyzwyczaiły się do jazdy jednakowo autobusem, jak i tramwajem. Najbardziej cenią sobie kolej miejską, nawet kot chętnie obserwuje co dzieje się za oknem szumiącego pociągu.

Wakacje? Chyba nie należymy do typu podróżników, jednak gdyby naszła nas ochota na wyjazd to podróż pociągiem czy autem znajomych brzmi całkiem nieźle! W fazie testów jest także przyczepka do roweru umożliwiająca jednodniowe wypady z psami pod miasto.


Czterogodzinny spacer z psami pod miastem.


Czy te przypadki awaryjne zdarzają się często? Jakiego typu są to sytuacja? 

W ciągu 3 lat miałyśmy raz taką sytuację, że musiałyśmy wozić kota codziennie do weterynarza. Nie chciałyśmy jej stresować, ma już 13 lat i była po operacji usunięcia  listwy mlecznej, więc pomagała nam znajoma. Jak kot trochę wydobrzał, to znowu podróżowałyśmy koleją.


Zanim zamieszkałyśmy z Panią Krysią razem, też mogłyśmy liczyć na pomoc znajomych w przeprowadzkach. Szczególnie Dorota i Marysia, woziły nas w kółko z tobołami. Mam nadzieję, że to nie był dla nich kłopot, wiedzą, że w razie potrzeby ja im też pomogę.

Kolejką do weterynarza.


Podróż z kotem kolejką SKM.


A twój osobisty transport na co dzień? Droga do pracy? Zakupy? Spotkania z przyjaciółmi? Remonty? Co z nimi? 

Na co dzień rower, rower i jeszcze raz rower. Przeprowadzki i transport gabarytów zawsze zlecam profesjonalistom, którzy i przewiozą i wniosą, co trzeba. Ponownie znajomi i SKM (szybka kolej miejska), to duży plus mieszkania w Trójmieście.


Zakupy! Nie dość, że na nogach, to jeszcze bezśmieciowe!



Czy nie masz poczucia, że wykorzystujesz tych swoich znajomych? Co byś zrobiła, jakby oni też samochodu nie mieli?


Gdyby znajomi nie mogli, wynajęłabym firmę transportową. To chyba dziś nie problem. Na co dzień jednak zupełnie nie mamy już takich potrzeb.

Kupowanie wielkogabarytowego prezentu na ślub koleżanki? 

Serio? Nie lubię prezentów… koperta jest mała, można wsunąć ją do kieszeni lub torebki i pozwolić zadecydować osobom obdarowanym spełnić swoje marzenie. Tak chyba lepiej, bo bez presji i można obejść się bez bagażnika.


Ubieramy się w strój wizytowy, koperta w kieszeń, a tu deszcz... Co wtedy? 


Szczerze, to nie pamiętam, kiedy byłyśmy na jakimś ślubie, raczej unikamy zbiorowych imprez. No ale przypuśćmy, że zdarzy się coś, o czym wspominasz, pieniądze schną szybko i nie odbarwiają się. :) Nie straszny mi deszcz, nawet parasolki nie noszę.


Przewożenie lustra.

Jak radzisz sobie zimą? 

Może wynika to z braku porównania, bo auta nigdy nie miałam, ale nie cierpię specjalnie z powodu chłodu czy deszczu. Wystarczy odpowiednio ubrać się na rower, a w razie konieczności połączyć kilka środków transportu.


Kiedyś pracowałam pod miastem i dosiadałam się do auta koleżanki wyruszającej z mojej okolicy w tym samym kierunku. Była to konieczność wynikająca ze sporej odległości oraz utrudnień komunikacyjnych dyskwalifikujących podróż rowerem. Zrzucałyśmy się na benzynę i tym sposobem zamiast 3 jechało 1 auto.

Nie boisz się, że jako rowerzystka staniesz się ofiarą wypadku? 

Biorę to pod uwagę, ale nie czuje się do końca bezpiecznie, będąc pasażerem auta, czy zwyczajnie będąc pieszym. Być może wynika to z tego, że ja naprawdę nie lubię aut i nie mam z nimi żadnych pozytywnych skojarzeń. Na długie trasy zabieram kask, jest niezbędny.

Jako rowerzystka lub piesza miałaś jakieś nieprzyjemne sytuacje z kierowcami samochodów?

Często byłam świadkiem, jednak osobiście nie miałam jeszcze takiej sytuacji mocno nieprzyjemnej. W Gdańsku nie trzeba jeździć po ulicach, mamy doskonałe ścieżki rowerowe, jednak zawsze zachowuję ostrożność, bo kierowcy zapominają o nas wyjeżdżając z bram i małych uliczek, które przecinają ścieżki.

Co poradziłabyś osobom, które mają do pracy daleko i muszą być elegancko ubrane? A dodatkowo mają malucha, którego trzeba podrzucić do babci lub przedszkola... Czy myślisz, że rower też zda wtedy egzamin?


Mam znajomych, którzy posiadają przyczepkę i tak wożą dzieci do szkoły i rodziców. Naprawdę jak się chce, wszystko da się załatwić.  W mojej pracy na przykład są prysznice dla pracowników, każdy kto przyjedzie na rowerze, może się wykąpać i przebrać. To powinien być już standard w dużych firmach.


Nie wkurza Cię, że podróż trwa dłużej?

Nie! Wydaje mi się, że mam przewagę nad kierowcami aut. Rowerzyści mają więcej możliwości i opcji wyboru tras, które nie dość, że są krótsze to jeszcze znacznie przyjaźniejsze dla oka i ucha. Zabieram ze sobą często aparat, jadąc rowerem, zawsze czuję się, jakbym zwiedzała miejsca po raz pierwszy, uwielbiam tę możliwość postoju i zrobienia zdjęcia w odpowiedniej chwili.


Na plaży.


W wodzie.


Jak oceniasz infrastrukturę rowerową i pieszą w swoim mieście? Czy sprzyja ona podróżom niespalinowym?

Gdańsk jest najlepszym miastem rowerowym, serio. To prawie drugi Amsterdam. :) Tu w wielu miejscach mamy stojaki, co raz więcej jest ich pod szkołami, to widać najbardziej. Co roku mamy też wielki przejazd rowerowy z okolicznych miast, łączą się peletony i spotykają na wielkiej polanie w Sopocie. To niesamowite uczucie jechać środkiem miasta z tysiącami rowerzystów w każdym wieku. W Gdańsku lepiej jechać rowerem niż chodzić pieszo, mamy też wiele wypożyczalni, więc polecam na przyszłość. Dziwi mnie, że ludzie używają tu jeszcze aut, bo to takie nieekonomiczne i nieekologiczne.

Podsumujmy, jakie są według Ciebie główne zalety życia bez samochodu i co poradziłabyś osobom, którzy zastanawiają się, czy da się bez niego żyć w dzisiejszych czasach? 

Oszczędność czasu i oszczędność pieniędzy. Rower kupiony raz służy przez lata bez odczuwalnych nakładów finansowych. Kupowane sporadycznie bilety komunikacji miejskiej również nie odbijają się na budżecie domowym. Rower parkuję za darmo czy to na ulicach, czy też w domu lub piwnicy. Oszczędzam czas, nie stojąc w korkach, nie szukam miejsc parkingowych, nie nadrabiam drogi, nie robię niewiarygodnych slalomów w centrach miast, starając się dotrzeć z punktu A do punktu B.


No i kondycja, może nie robię 100 km dziennie, ale zawsze lepiej zrobić te 3 rowerem niż autem. Zdarza nam się też zrobić po 20 km na wycieczkach między miastami. Wszystko kwestia tego, co sobie na dany dzień wymyślimy.

Jestem samowystarczalna, bo w razie potrzeby naprawię swój transport, zakładając mu łańcuch albo wymieniając oponę.

Żyję bardziej tu i teraz, bo nie decyduję się na to, żeby jechać w weekend za miasto przez 4 godziny po to, żeby pochodzić po łące przez 30 minut. Doceniam zielone skwery w mojej okolicy, których być może w ogóle bym nie zauważyła, przemykając obok autem.

Mam mniejsze szanse stać się sprawca wypadku, za to znacznie większe szanse na uratowanie życia czy to bezdomnego psa pałętającego się przy drodze, czy też ptaka, który ze względu na upał opadł z sił na poboczu.

Nigdzie tak świetnie nie czyta się książek, jak w przedziale pociągu kołyszącego się po torach.

No i najwspanialsze na koniec - mój ślad węglowy - znacznie, znacznie mniejszy niż posiadacza nawet najbardziej „zielonego” z aut.


Plener malarski.

Wszystkie fotografie użyte w tym artykule pochodzą z galerii mojej rozmówczyni. Gdy je dostałam, po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak piękny (w sensie estetyki) jest świat bez samochodu...

11 komentarzy:

  1. O, akurat rozmyślałam sobie dzisiaj o samochodzie i postanowiłam się z nim w przyszłości rozstać :)
    Na co dzień mieszkam w mieście, po którym poruszam się komunikacją miejską. Wielokrotnie rozważałam przywiezienie roweru z domu rodzinnego albo kupno drugiego, ale nie mam miejsca na jego przechowywanie, więc zrezygnowałam z tego pomysłu. Moje dwa koty podróżują do weterynarza tramwajem i autobusem. Na szczęście żaden z nich nigdy nie był w na tyle złym stanie, by taki rodzaj transportu mógłby mu zaszkodzić, poza tym są przyzwyczajone do komunikacji miejskiej oraz pociągów. Zakupy też spokojnie da się zrobić bez samochodu, idealnie sprawdza się do tego plecak i mocne torby na zakupy. Krótko mówiąc - życie bez samochodu w dużym mieście nie jest trudne.
    W małych miasteczkach i wsiach już bywa gorzej. Pochodzę z takiej właśnie maleńkiej miejscowości, gdzie obecnie bez samochodu ani rusz. Gdy odwiedzam dom rodzinny, po podróży pociągiem muszę jeszcze pokonać około dziesięciokilometrową trasę z dworca kolejowego do domu i odwrotnie. Często zdarza mi się ją pokonywać pieszo, ale gdy taszczę ze sobą ciężki bagaż i/lub transporter z dwoma kotami, to piesze wycieczki odpadają. Komunikacja autobusowa umarła tam lata temu, więc pozostaje poprosić kogoś o podwiezienie samochodem. Zakupy, wizyty u lekarza czy inne ważne sprawy również załatwia się tam dojeżdżając samochodem, inaczej byłoby trudno, bo wszędzie za daleko, brak ścieżek rowerowych, a te, które istnieją, bywają w opłakanym stanie.
    Mam nadzieję, że kiedyś (oby jak najszybciej) będę w stanie uniezależnić się od samochodu i zacznę żyć bez niego, tak jak pani Agnieszka, bo zgadzam się ze wszystkimi jej słowami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki za rozstanie! :)

      Na pewno z początku jest to wyzwanie logistyczne, ale wierzę, że się uda, nawet te 10 km z kotami... Może sprawdziłby się rower z przyczepką?

      Moim zdaniem jeśli ludzie będą się godzić na to, że tych ścieżek nie ma i jeździć samochodem, "bo nie da się inaczej", to nigdy ich nie będzie. Zamiast tego będzie więcej spalin, korków, parkingów i tym podobnych. Niestety.

      Usuń
  2. Gdańsk ma dobre połączenia komunikacyjne, czyli autobus, tramwaj i pociąg (SKM). Ja natomiast mieszkam 20km za Gdańskiem. Do niedawna nie było żadnego połączenia między moją "dzielnicą" a drugim końcem miasta czy jedynym w mieście supermarketem. Także w mniejszych miejscowościach ciężko żyje się bez jakiegokolwiek transportu prócz własnych nóg. A już tym bardziej nie pisząc o wsiach zabitych dechami, a takie jeszcze w PL istnieją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od dwóch lat mieszkamy w Beskidzie, w wiosce liczącej 180 mieszkańców. 30km do najbliższego miasta, po górach! 4 do przystanku autobusowego, 28 do stacji kolejowej. Mamy w domu małe dziecko. Rower i własne nogi wystarczają na co dzień, nie mamy samochodu.

      Usuń
    2. Na pewno łatwiej jest w mieście ze świetną komunikacją zbiorową, ale na wsi, w "dziurach zabitych dechami" też można sobie świetnie radzić bez samochodu.

      Usuń
    3. Jak się przeprowadzimy na wieś, to po prostu zamienimy rower szosowy na treckingowy, albo cargo bike:) Nie kupię samochodu, rower,to jedyny mój sposób na trasnport i najlepszy. Mam problem z ludźmi w komunikacji, nawet jak leje deszcz, wolę jechać rowerem niż w zatłoczonym i zaparowanym tramwaju.

      Usuń
    4. Hi hi. A ja rower szosowy kupiłam dopiero po przeprowadzce na wieś... :D

      Usuń
  3. Cudnie! Mam nadzieję to rowerowe miasto w końcu odwiedzić! Choć muszę przyznać, że Poznań też jest świetnie rowerowo skomunikowany, mamy na każdym rogu rowery miejskie, na których darmowo można przejechać do 20 minut, a ścieżek tylko przybywa. Wszystko dzięki sprzyjającym władzom. Czyli można! Brawo Aga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Ekstra! Jak czytam o przybywających ścieżkach i darmowych rowerach to chcę skakać z radości!

      Marzę o tym by tak było też w małych miejscowościach!

      Usuń
  4. O rany, moje dziecko robi rocznie 700-800km w foteliku czy przyczepce, ja koło 4tys. Tata koło 7k. Niektórzy tyle autem nie jeżdżą. Szczerze to trochę mnie przerażają pytania. Serio młodzi ludzie tak bardzo nie umieją żyć bez auta? Wielkogabarytowy prezent na ślub? Za moich czasów kupowało się w prezencie... książkę. No ostatecznie butelkę wódki. Deszcz? Autorka pytań nie słyszała o płaszczu przeciwdeszczowym? Nie ma kurtki od deszczu? Książka zmieści się w plecaku, plecak raczej się nie zamoczy. Na wszystkie wesela moich znajomych, olaboga, dojechałam autobusem. Autem i tak bym nie mogła jechać z racji picia toastów. Zresztą wówczas prawie nikt z moich znajomych auta nie miał i nadal kilkoro nie ma, tylko wymienia rowery na nowsze. :)

    BTW rowerem zwiedziłam kilka krajów. Norwegię, Francję (Alzację tak naprawdę), kawałek Niemiec i Szwajcarii. Byłam też pieszo na Słowacji. Moja teściowa odwiedza co roku dwa, trzy państwa. Jeździ też po całej Polsce. Nie ma auta, choć w każdej chwili może mieć (jako jedyna w mojej najbliższej rodzinie posiada prawo jazdy). Zwiedziła autem pół Europy i mówi, że nie ma mowy, po jej trupie, woli wygodną kolej i samoloty. U mnie w rodzinie nie ma nikogo, kto by mi proponował zakup auta. Prawa jazdy nie ma też ani mój brat, ani brat mojego partnera. No patologia, nawet nie mamy kogo poprosić o podwiezienie. Pewnie dlatego mam w komórce telefon do taxi... ostatnim razem potrzebowałam jej pięć lat temu, kiedy rodziłam córkę. Wiozła mnie w środku nocy 40km do Warszawy, bo bałam się rodzić w prowincjonalnym szpitalu (jestem odwrotnym słoikiem, wybyłam z Warszawy na prowincję, babcia się w grobie przewraca). :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hi hi hi! :D :D :D Autorką pytań jestem ja - autorka bloga, osoba nie mająca samochodu, mieszkająca na wsi w górach z małym dzieckiem, 30 km od miasta.

      Odzwierciedlają to, czego słucham, gdy rozmawiam z ludźmi, którzy nie wyobrażają sobie życie bez samochodu. Wywiady mają na celu pokazać, że się da, więc próbuję dotknąć każdego aspektu współczesnego życia. Być może bardzo nieumiejętnie. Jeśli tak, to przepraszam.

      Niemniej jednak Twój komentarz po pierwsze mnie rozbawił, po drugie ucieszył jak dawno! Cudną masz rodzinę!

      Usuń