piątek, 4 sierpnia 2017

"Brak auta wyniknął z braku prawa jazdy, ale poszła za nim większa świadomość."

Gdy opublikowałam ostatni wywiad o życiu bez samochodu, napisała do mnie Nina Kaczmarek: "Dwójka dzieci, dwa koty i chomik. I ani mąż ani ja nie mamy nawet prawka. Ludzi to baardzo dziwi." Zadałam więc kilka pytań kolejnej inspirującej bezspalinowej rodzinie! Serce rośnie na myśl, że jest ktoś, kto myśli i żyje podobnie...

Zdjęcia użyte w tym artykule otrzymałam od rozmówczyni. 


Dlaczego bez auta?

Brak auta wziął się z braku prawa jazdy. Ja w czasach licealnych nie miałam na nie pieniędzy, a później straciłam nim zainteresowanie. Tak się złożyło, że wyszłam za faceta, który tego prawa jazdy też nie ma. Ten brak auta jest spójny z naszą filozofią życiową – jesteśmy minimalistami. Ograniczamy konsumpcję, nie mamy telewizora, nie gromadzimy rzeczy. Lubimy mieszkać w małym mieście, gdzie ludzie się znają, jest zielono i  spokojnie. Auto nie jest na naszej liście potrzeb, podobnie jak ubrania czy gadżety. To po prostu nie dla nas.

Jak się żyje nie mając prawa jazdy na co dzień?

Mieszkamy w niedużym mieście (bardzo to sobie cenimy, uciekliśmy ze stolicy po sześciu latach, żeby zamieszkać w spokojniejszym miejscu) i wszystko, co jest nam potrzebne na co dzień mamy w zasięgu spaceru. Jedynie do pracy jeździmy rowerem (mąż) i SKMką (ja). Zakupy, przedszkole czy place zabaw są w odległości 10-20 minut spacerem.

Mąż też nie jeździ samochodem?

Jak wspomniałam wyżej Szanowny Małżonek też nie posiada prawa jazdy. Do pracy jeździ codziennie rowerem (tu trzeba mu oddać, że odległość jest niemała – 26 km w jedną stronę).

52 km po ścieżkach rowerowych czy drogami w ruchu samochodowym? Nie jeżdżą tamtędy ciężarówki? Nie boi się? Nie wraca do domu wykończony?

Praktycznie przez całą trasę mąż ma ścieżki. Czasem irytuje się na pieszych spacerujących po ścieżkach, bo jeździ naprawdę szybko i nie chciałby zrobić komuś krzywdy. On to bardzo lubi, zawsze powtarza, że jazda SKMką męczy go bardziej. Co ciekawe, firma męża dopłaca pracownikom za dojazd do pracy rowerem – im więcej kilometrów tym bonus jest wyższy. Bardzo ekologiczne podejście, prawda?

Ile mu zajmuje droga w jedną stronę? Zimą też się tak da?

W jedną stronę jedzie godzinę. Dojazd pociągiem plus trasa z pociągu do pracy wychodzi tak samo. Nie jeździ tylko wtedy kiedy jest naprawdę dużo śniegu, deszcz czy upał mu nie przeszkadzają.

Co jeśli złapie gumę?

Jest przygotowany, wozi ze sobą sprzęt na takie sytuacje.

Pewnie nie macie ani dzieci, ani zwierząt i mieszkacie w Warszawie... 

Dzieci są, zwierzęta są, a Warszawa była lata temu. Od pięciu lat mieszkamy na Pomorzu w mieście, gdzie mieszka mniej więcej 20 tysięcy osób.

Jakie odległości pokonujecie w zwyczajne dni (do pracy, przedszkola, szkoły, na zakupy)? Z jakich pomocy korzystacie, by je pokonać?

Do przedszkola spacerujemy jakieś 15 minut (mówimy tu o tempie trzylatka) – 750 metrów, do stacji SKM mamy 10 minut (kilometr, ale przedszkole jest po drodze, więc w zasadzie to dodatkowe 300 metrów). Moja praca jest w Gdyni, tam SKM jedzie 28 minut, mąż jak wspomniałam wyżej, pokonuje  codziennie 52 km na rowerze. Zakupy mamy po drodze, czasem podejdziemy do większego sklepu (typu Auchan, Leroy Merlin), który jest w odległości około 2,5 km. Komunikacja miejska w naszym mieście jest raczej niewielka, zwłaszcza na trasach przez nas uczęszczanych więc po prostu idziemy.

Dzieci lubią spacerować? Nie narzekają na bolące nogi, upał, deszcz lub śnieg?

Starsza córa nie jest typem piechura. Młodszy kocha biegać, chodzić po lesie i jeździć na rowerze. Póki co nie zgłaszali niezadowolenia z braku auta, lubią rowery i wycieczki nad morze (najbliższą plażę mamy 10 km od domu).



Czy myślisz, że jeśli mieszkalibyście w gorzej skomunikowanej dzielnicy, zdecydowalibyście się na samochód?

Wybierając mieszkanie zwracaliśmy uwagę na to, żeby nie było zbyt daleko do kolejki, wiedząc, że raczej samochodu mieć nie będziemy. Ktoś kto mieszka dalej mógłby mieć problem, dlatego świadomie wybieraliśmy miejsce zamieszkania.

Skoro wyprowadziliście się ze stolicy to macie porównanie. Jakie są główne różnice w mieszkaniu w dużym i małym mieście pod kątem dotarcia do wymarzonego celu?

Warszawa jest ogromna, środków komunikacji miejskiej tam nie brakuje. Ale jazda po stolicy oznacza tłumy ludzi, przepychanie się i stres. Z kolei samochód tam oznacza stanie w korkach i zapewne nie mniejsze zdenerwowanie. Zdecydowanie wolę trójmiejskie SKMki. 

A jak wygląda w praktyce życie bez samochodu podczas porodu, koniecznej wizyty w szpitalu, chorób maluchów, wypadków itp.?

Jeśli chodzi o sytuacje ekstremalne, typu porody czy chore dzieci to możemy liczyć na przyjaciół i sąsiadów, którym tu przy okazji serdecznie dziękuję. Wiele razy wieźli nas w środku nocy, np. z powodu zapalenia krtani czy oskrzeli u dzieci. Podobnie w przypadku urodzin znajomych dzieci, które odbywają się w sali kiepsko skomunikowanej z transportem publicznym – zawsze mogę liczyć na znajomych rodziców i podwiezienie na miejsce. Do porodu wiozła mnie koleżanka (sama rodziła tydzień później), a odbierała koleżanka z pracy męża elektrycznym samochodem służbowym. 

Wizyty u weterynarza?

Weterynarza mamy dwie ulice od domu, w naszym mieście naprawdę jest wszystko, co potrzebne na co dzień, to bardzo prężnie działająca okolica.

A przewożenie gabarytów – meble, lodówka, pralka? Od czasu do czasu kupuje się takie rzeczy...

Parę miesięcy temu kupiliśmy mieszkanie, wiążą się z tym właśnie spore gabaryty. Gdy nie było nikogo z dużym autem po prostu takie wynajęliśmy. Poza tym pomagał nam wujek, właściciel auta dostawczego. Wychodzi na to, że z pomocą życzliwych ludzi można wszystko.

Często się takie ekstremalne sytuacje zdarzają? Jesteś w stanie oszacować ile razy korzystacie z samochodu znajomego lub sąsiada albo ile kilometrów pokonujecie tym środkiem w ciągu roku?

To raczej sytuacje sporadyczne, typu raz, dwa razy w roku. Czasem zamiast pomocy znajomych korzystamy z taksówek (jeśli jest to bardzo późna pora i nie chcemy nadużywać dobrych chęci przyjaciół).

Wielu Polaków twierdzi, że GDYBY było więcej ścieżek rowerowych, a komunikacja publiczna była tańsza i lepszej jakości, to zrezygnowaliby z auta, przynajmniej czasami. Jest aż tak fatalnie? Jak oceniasz infrastrukturę rowerową i pieszą w swoim mieście? Czy sprzyja ona podróżom niespalinowym?

Myślę, że posiadając auto trudno jest sobie wyobrazić życie bez niego. Ludziom jest oczywiście wygodnie z samochodem – podczas zakupów czy wyjazdu na wakacje. Wielu moich znajomych przyznaje jednak, że auto rozleniwia – używają go czasem w momentach, gdy mogliby wsiąść w pociąg czy autobus. Dla nas podróż oznacza noszenie walizek i ogarnianie przy tym dzieci, ale to nie jest nic, czego nie da się zrobić. Ścieżki rowerowe oczywiście nie są u nas tak liczne, jak byśmy chcieli, ale sytuacja się poprawia. SKMki jeżdżą często i oczywiście są zatłoczone, ale to też nie jest coś, co spędza mi sen z powiek. Biorę książkę i jadę. A mąż w tym czasie śmiga rowerem (woli to od komunikacji miejskiej).

Często to znaczy co ile? Nie przeszkadzają Ci zapachy? Nie byłoby szybciej jednak autem? Nie zarażasz się chorobami?

SKMki, czyli Szybka Kolej Miejska. Jeżdżą bardzo często, co kilkanaście minut, to najlepszy środek transportu do pracy czy nad morze. Zdarzają się oczywiście mniej przyjemni pasażerowie, ale to sporadyczne przypadki. Ja chyba generalnie nie jestem dobra w wynajdywaniu wad jakiegoś rozwiązania. Cieszę się, że nie dokładam spalin w drodze do pracy i mam czas poczytać.

Nigdy nie kusi Was, by prawo jazdy jednak zrobić?

Jakoś nie. Nie czułabym się już pewnie za kółkiem, wioząc własną rodzinę. Na drogach pełno wariatów, ludzie jeżdżą nieprzepisowo, nie czuję się dobrze w samochodzie. Zdecydowanie wolimy pociągi, gdzie można spokojnie poczytać w trakcie jazdy i gdzie dzieci mogą trochę poskakać.


Czy decyzja o braku samochodu w rodzinie nie jest trudna społecznie?

To prawda, ludzie się dziwią, że mając dwoje dzieci funkcjonujemy bez samochodu. W zasadzie chyba wszyscy nasi znajomi posiadający dzieci jeżdżą samochodem. Dla nich to coś oczywistego, narzędzie pozwalające dojechać do pracy, zrobić zakupy czy pojechać na wakacje. My to wszystko robimy na piechotę, rowerem lub komunikacją miejską. Brak auta wyniknął z braku prawa jazdy, ale poszła za nim większa świadomość. Cieszy mnie, że nie dokładamy cegiełki to tego rodzaju zanieczyszczeń. Nie jesteśmy idealni, ale staramy się ograniczać negatywny wpływ na środowisko. Kiedyś wypełniłam test na temat śladu węglowego, którego wynik mnie pozytywnie nastroił. Mój ślad węglowy jest na poziomie przeciętnego mieszkańca afrykańskiej wioski. To już jakiś początek.

Wow! Tak niski ślad węglowy jest imponujący! Czy to jedyny atut, a może dostrzegasz jakieś inne zalety życia bez auta? Nie każdy chce się tak poświęcać z powodów ekologicznych... 

To może zdrowotne? Więcej ruchu, spacerów. W pociągach można poznać mnóstwo ciekawych osób, w drodze do pracy można czytać książki (dla mnie to godzina dziennie tylko dla mnie). Odchodzi szukanie miejsc parkingowych i oszczędza się mnóstwo pieniędzy (samo ubezpieczenie, paliwo, naprawy). 

Gdy wychodzi na jaw, że w mojej rodzinie też nie ma samochodu, często słyszę opinie w stylu: "To nieodpowiedzialne!", "Jak sobie wyobrażasz sytuację, w której dziecko zachoruje!". "Przesadzasz!", "Mamy XXI wiek!" lub "Wykończysz siebie i rodzinę!". Chciałabym przemilczeć i odejść, a z drugiej strony jest we mnie poczucie, że powinnam się tłumaczyć. Czy u Was jest podobnie? Jak radzicie sobie w krytyką otoczenia? 

Współczuję takich komentarzy, to musi być okropne uczucie. Mam wrażenie, że niektórzy ludzie mają problem z jakimkolwiek zachowaniem wykraczającym poza ich pojęcie „normy". Podobnie komentowany jest wegetarianizm czy brak telewizora w domu. Mało kto jednak potrafi swoje wybory obronić. Mamy przecież komunikację miejską, taksówki – nie jesteśmy skazani na siedzenie w domu z powodu braku samochodu. Są rowery, piękne ścieżki nad morze i pociągi – brak samochodu naprawdę nie jest męczący i nie ogranicza możliwości.



Czy myślisz, że Wasza decyzja kogoś inspiruje? Zdarza się Wam usłyszeć: "Wiesz co, zepsuło mi się auto, pojechałem rowerem i nie było tak źle, zastanawiam się, czy nie przesiąść się na takie dwa kółka, choćby wiosną i latem...", czy raczej na każdym kroku ludzie udowadniają Wam, że jednak to auto jest konieczne?

Chyba nie spotkałam się z żadnymi negatywnymi komentarzami, przynajmniej nie prosto w oczy. To bardziej autentyczne zdziwienie, że to w ogóle się zdarza. Podobnie w drugą stronę – raczej nie słyszałam od nikogo, że chętnie poszedłby w nasze ślady. To dla ludzi nie do pomyślenia.

Co gdyby nieposiadanie prawa jazdy i samochodu było normą? 

Kiedyś tak właśnie było, samochodów było dużo mniej, dla pokolenia moich rodziców podróżowanie wiązało się z transportem publicznym, autokarami i pociągami. Dziś ciężko mi sobie wyobrazić, że ludzie zrezygnowaliby z wygody jaką daje im posiadanie samochodu. 

Jak myślisz - fakt, że zrezygnowaliście z auta realnie coś zmienia dla świata?

To taka przysłowiowa kropla, ale lubię wierzyć, że coś tam zmienia. U nas to wiąże się z szeregiem innych wyborów – ograniczeniem konsumpcji, kupowaniem głównie używanych ubrań, ograniczeniem (mąż i dzieci) czy wyeliminowaniem (ja) mięsa. To nie są działania z premedytacją – po prostu składa nam się w całość takie spokojniejsze, bardziej świadome życie.

8 komentarzy:

  1. Ja to rozumiem i pochwalam taki wybór. Żyłam bez auta do czterdziestki, wychowywałam w tym czasie dwoje dzieci. Mąż nadal nie ma prawa jazdy. Ja jednak byłam już tak umęczona fizycznie i psychicznie publicznym transportem, że poszłam na kurs mając 41 lat. Wolę teraz w korku stać we własnej przestrzeni, niż w ścisku innych ciał. Gdy okoliczności się dla mnie poprawią pozbędę się samochodu z przyjemnością.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki za sprzyjające okoliczności!

      Usuń
    2. Gosia, a na rower za daleko czy niebezpiecznie? Bo jeśli irytował Cię ścisk i stanie w korku, to dwa kółka są świetną alternatywą. Serio. Wiatr we włosach, niezależność, zdrowy ruch, poznawanie zakątków w okolicy itd. No i zakupów nie trzeba dźwigać, tylko "same" jadą w sakwach. :D :D :D

      Usuń
  2. My też z partnerem nie mamy auta, dziecko jedno, jakoś nam brak nie doskwiera. W sumie jak na nasze potrzeby i tak zwykłe auto by nie wystarczyło, najmniej kamper albo duża przyczepa kempingowa. Ale wtedy dla odmiany przestalibyśmy potrzebować mieszkania. ;) Nie wykluczam w przyszłości zrobienia prawa jazdy, ale póki co brakuje mi powodów.

    OdpowiedzUsuń
  3. BTW ja mam ten luksus, że jestem rocznik 77, mój parter 78. Nasi rodzice posiadali auto. My już nie musimy, tak sobie to tłumaczymy. Nie musimy już awansować społecznie, nie musimy udowadniać sąsiadom, że jesteśmy bogaci. Mój parter ma pół szafy klocków lego, dla odmiany już moi prapradziadkowie mieszkali w Warszawie. Mamy miejskie życie we krwi, a miejskie życie oznacza brak auta. Auto jest potrzebne przede wszystkim na wsi, bo tu jest dalej do sklepu, szkoły czy szpitala, nie ma taksówek ani żadnej alternatywy tak naprawdę. Poza tym jazda rowerem lub autobusem, czy pociągiem jest o wiele bezpieczniejsza od jazdy autem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "My już nie musimy, tak to sobie tłumaczymy." Fajowe podejście!

      Na wsi auto też nie jest wcale takie konieczne, wystarczyłoby jedno na cztery domy, a często są cztery na dom. :D :D :D

      Usuń
  4. My kupiliśmy auto kiedy urodziło się drugie dziecko (mieszkamy w Warszawie), ale doskonale pamiętam życie bez samochodu (jestem rocznik 75) i gdybym mieszkała w mniejszym mieście z łatwością zrezygnowalabym z samochodu. A dawniej, gdy nie mieliśmy samochodu i ktoś pytał dlaczego, bo przecież nas stać😊, mój Mąż odpowiadał, że jak stać nas na samochód to stać też na taksówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego w Warszawie auto ma przydawać się bardziej niż w małym mieście?

      Usuń