środa, 11 stycznia 2017

Recenzja książki "Świat na rozdrożu" Marcina Popkiewicza.

Gdybym chciała wypisać wszystkie mądre i dające do myślenia cytaty z tej książki musiałabym przepisać ją w całości... Serio! Chyba jeszcze żadna pozycja nie dostarczyła mi tyle wiedzy i tematów do przemyśleń. Czasem to, co przeczytałam potwierdzało moje skromne obserwacje i przypuszczenia, częściej jednak przecierałam oczy ze zdumienia, nierzadko zdarzało mi się zapłakać. Lektura to trudna, ale bardzo pouczająca.


Marcin Popkiewicz stara się przedstawić najważniejsze problemy współczesnego świata i pokazać jaki mają ze sobą związek. Porusza tematy rozwoju i wzrostu gospodarczego, finansów, paliw kopalnych i odnawialnych źródeł energii, problemy społeczne i środowiskowe. Pokazuje jak żyjemy, o czym marzymy i do czego to prowadzi. Obala wiele mitów, potwierdza fakty, którymi nie chcemy zawracać sobie głowy. 


Książka jest dla mnie imponująca. Ogrom danych, popartych badaniami robi niesamowite wrażenie. Zauroczyło mnie to, że autor umie w przystępny i bardzo obrazowy sposób wytłumaczyć skomplikowane reguły rządzące światem. Tematy poruszane w tej publikacji są tak trudne, że często wypieramy je z naszych myśli, by się zbytnio nie dołować. Ale to ich nie rozwiązuje tylko nas pogrąża, pokazuje jak bardzo staliśmy się wygodni, leniwi i krótkowzroczni oraz jak skutecznie ignorujemy problemy zamiast stawić im czoła. 
Żyjemy bezpiecznie, bogato, zdrowo i szczęśliwie. Miliardy ludzi cieszą się wolnością osobistą, państwem prawa i demokracją, a dzięki rozwojowi technologii mają do dyspozycji udogodnienia, o których nie marzyli dawni królowie i arystokraci. Jednak za tym sielankowym obrazem zbierają się coraz ciemniejsze chmury...
(...)W postaci paliw kopalnych na każdego Polaka pracuje równowartość energetyczna 100 służących, a na każdego Amerykanina 250. To energia paliw kopalnych pozwoliła nam zwiększyć naszą liczebność do 7 mld, pozwoliła też wielu z nas cieszyć się udogodnieniami życia nieosiągalnymi dla starożytnych faraonów i cesarzy. 
(...)Znajdujemy się nie w środku kryzysu finansowego, ale na krawędzi kryzysu cywilizacyjnego. Problem jest rzeczywiście głęboki - fakt, że tak wiele poszło tak szybko i tak źle, świadczy o tym, że długi okres poprzedzającego kryzys wzrostu krył w sobie poważną chorobę.  
(...)Niezależnie od tego czy patrzymy na dane dotyczące populacji, energii, rud metali, wody, ziemi uprawnej, żywności czy odpadów, dostrzegamy, że czerwone lampki zapalają się od góry do dołu całego pulpity kontrolnego. 
Marcin Popkiewicz nie wyssał swoich stwierdzeń z palca czy z rękawa. Popiera je miażdżącymi danymi. Choć moje ulubione cytaty mogłyby sugerować, że ta publikacja to zbiór luźnych przemyśleń czy prywatnych poglądów autora, jest dokładnie na odwrót. Ilość i wiarygodność źródeł, którymi się posługuje i na bazie których dochodzi do danych wniosków robi wrażenie. Za opiniami stoją konkretne fakty.

Fizyk z wykształcenia, zawodowo analityk megatrendów i dziennikarz zajmujący się powiązaniami w obszarach gospodarka-energia-zasoby-środowisko podważa pozytywne aspekty globalizacji:
Popełniamy błędy, podejmujemy egoistyczne, krótkoterminowe decyzje. Taka jest nasza natura. I dlatego właśnie zastępując różnorodność istniejących na świecie kultur, sposobów życia i gospodarowanie jednym globalnym i kruchym mechanizmem integrującym zasoby i unifikującym sposoby życia wszystkich regionów i cywilizacji na świecie, podejmujemy olbrzymie ryzyko. Poważne zaburzenie, takie jak krach systemu finansowego, wyczerpanie zasobów energetycznych czy epidemia, może rozłożyć świat naraz.
Nazywa mechanizmy, którymi kierujemy się w obliczu kryzysu:
Gdy społeczeństwo popada w problemy i biedę, to im jest gorzej, tym bardziej ludzie koncentrują się na swoich własnych krótkoterminowych potrzebach., coraz krótszy staje się horyzont podejmowanych decyzji, a działania dobre dla ogółu społeczeństwa i mogące poprawić sytuację długoterminowo są zupełnie zarzucane jako sprzeczne z własnym bieżącym interesem.
(...)Nie potrzebujemy większej liczby badań i raportów. Posiadamy już całą potrzebną nam wiedzę. Wiemy jak wytwarzać żywność metodami rolnictwa organicznego, jak chronić glebę, zamykać cykl obiegu materii organicznej i minerałów, stosować dostosowany do rodzaju gleby płodozmian, zastąpić nawozy sztuczne dobrymi praktykami rolniczymi, radzić sobie bez szprycowania pól pestycydami, a zwierząt antybiotykami i hormonami wzrostu. Można wiele zrobić lecz niestety obecny system stymuluje i nagradza finansowo działania dające wysoką krótkoterminową stopę zwrotu, idące dokładnie w przeciwnym kierunku. Mamy dla tego wiele usprawiedliwień - konieczność produkowania coraz większej ilości żywności (bo przecież setki milionów ludzi głodują) przez mniejszą liczbę rolników, szanowanie decyzji wolnego rynku wybierającego rozwiązania o najwyższej stopie zwrotu, wzrost dochodów i PKB czy po prostu chęć utrzymania jak najniższych cen dla konsumentów. Jak na razie wydaje się, że dostrzeżenie konsekwencji naszych obecnych działań mogłoby być zbyt niewygodne, więc - jak zwykle - stwierdzamy, że najlepszym rozwiązaniem jest dalszy wzrost. Więcej nowych genetycznie modyfikowanych upraw. Więcej nawozów. Więcej "fabryk zwierzęcych". Więcej sztucznego nawadniania wodą z wód gruntowych. A dla ukoronowania tego wszystkiego - więcej terenów rolniczych kosztem naturalnych ekosystemów. Dokąd to jednak prowadzi? Jakie będą konsekwencje pogoni za żywnością dla środowiska naturalnego? Co z niego zostanie?
(...)Jedną z największych sprzeczności tkwiących w naturze ludzkiej jest to, że cenimy sobie tylko te rzeczy, których nam brakuje. Wodę cenimy dopiero wtedy, gdy wyschną studnie. 
Pokazuje, że gdy niedogodności związane z danym problemem lub kryzysem bezpośrednio nas nie dotyczą i żyje się nam wygodnie - nie chcemy nic zmieniać. Tracimy wrażliwość, nie lubimy się dzielić. Zakochujemy się za to w iluzjach. Nazywamy ekologicznymi rozwiązania, które z dbałością o środowisko mają niewiele wspólnego.
Mieszkańcom krajów uprzemysłowionych głód nie grozi, potrzebne są zaś paliwa, więc coraz większe obszary terenów uprawnych zajmujemy pod uprawy energetyczne. Co roku, zamiast do stodoły 100 mln ton ziarna, czyli 5% światowej produkcji przerabia się na etanol, który trafia do baków aut, zaspakajając jedynie 1% światowego zapotrzebowania na paliwa. (...) Wyprodukowanie etanolu może mieć sens w krajach tropikalnych. (...) Jednak w krajach strefy umiarkowanej, na przykład dla etanolu wytwarzanego w USA, jest to produkcja pozorna, bo w procesie uprawy, zbiorów i destylacji zużywa się tyle samo energii paliw kopalnych, co uzyskuje jej z wyprodukowanych biopaliw. Oznacza to, że wcale nie jest to źródło energii, a jedynie przetwarzamy jeden rodzaj paliwa, w drugi. (...) Aby wyprodukować etanol z kukurydzy na jedno tankowanie baku, trzeba zużyć taką ilość kukurydzy, która wystarcza na zapewnienie jedzenia dla jednego człowieka przez cały rok. Gdyby ziarnem przeznaczonym na etanol w samych Stanach Zjednoczonych nakarmić ludzi, można by wyżywić 350 mln osób, znacząco ograniczając głód na świecie. Ale zamiast tego "karmimy" żywnością nasze samochody, podczas gdy miliard ludzi głoduje, a codziennie na świecie z głodu umiera 20 000 ludzi, w tym tysiące dzieci.
(...) Społeczeństwo nie rozumie zagrożeń związanych z wyczerpywaniem zasobów i kumulacją odpadów w środowisku. Żywność to jest coś, co kupuje się w sklepie - nie będzie tuńczyków, to kupimy śledzie albo kurczaki z fermy. Prąd to jest coś, co jest w gniazdku - dotąd był zawsze, a więc będzie też w przyszłości. Paliwo na stacji podobnie. Woda jest gdzieś pod ziemią - jak trzeba będzie, to wykopie się głębsze studnie. Wyczerpiemy jakieś złoże ropy - trudno, to odkryje się kolejne, może trudniej dostępne, ale nowe technologie obniżą ceną wydobycia. 
(...)Wytworzyliśmy w sobie złudne przekonanie, że jesteśmy tak mądrzy i potężni, że możemy przetrwać bez środowiska naturalnego bądź też, że jest to kwestia mało istotna i nie dotycząca naszego pokolenia. To niebezpieczne złudzenia. Organizmy budują sobie nawzajem środowisko życia, konkurują, współpracują, a czasem są tak silnie ze sobą związane, że nie mogą bez siebie istnieć.
(...)Odebraliśmy zwierzętom i roślinom miejsca do życia, a to, co zostało rozbiliśmy na małe, oddzielone od siebie obszary, które poddajemy rosnącej presji i eliminujemy jeden po drugi. Gdybyśmy chcieli zaplanować plan wojny z biosferą, trudno byłoby zrobić to lepiej.
Wspomina, że trudno o zmianę indywidualną, bo musielibyśmy zweryfikować sposób życia i system wartości, w którym tkwimy od lat:
Dla ludzi, którzy swoje życie ukierunkowali na zdobywanie dóbr, ciężką pracą dorobili się samochodu i możliwości wyjazdów w egzotyczne strony, przyjęcie do wiadomości, że swoim sposobem życia zagrażają przyszłości swoich dzieci i wnuków, byłoby równoznaczne przyznaniu przed sobą, że system wartości, którym się kierowali przez całe swoje życie, był nie tylko błędny, ale wręcz szkodliwy.
(...) Większość ludzi nie czyta raportów naukowych, nie będzie też skłonna zmienić swojego życia dla dobra abstrakcyjnych przyszłych pokoleń czy nawet własnej, odległej o kilka lat przyszłości. Przy podejmowaniu codziennych decyzji ludzie kierują się bowiem własną korzyścią, a szczególnie tym, czym dysponują w swoim portfelu. Na razie portfel prowadzi nas w złą stronę. 
Zadaje pytania, nad którymi nie lubimy się zastanawiać:
Pomimo całej zaawansowanej nauki, instytutów badawczych, detektorów i symulacji komputerowych znajdujemy się w sytuacji Rzymian jedzących ołowianymi sztućcami, z ołowianych talerzy i pijących wodę z ołowianych rur, którzy dziwią się rosnącej liczbie nowotworów, ale nie są w stanie powiązać przyczyny z następstwami. Sztucznych związków jest zbyt wiele, byśmy byli w stanie je przebadać, ich liczba i produkcja rosną wykładniczo, detekcja jest problematyczna, a następstwa ich stosowania mogą objawić się po dziesięcioleciach i pojawiać w zależności od innych czynników. Jakie będą skutki tego eksperymentu?
(...)Co można powiedzieć o gatunku, który dla efektywności finansowej i własnej wygody poświęca przyszłość własnych dzieci?
Książka to jednak nie tylko narzekanie lub piętnowanie dzisiejszego świata i ludzkiej natury. Przeciwnie, Marcin Popkiewicz próbuje znaleźć rozwiązanie. Przedstawia propozycję jak wykorzystać nasze atuty - ludzką inteligencję i fakt, że jesteśmy społeczni, by wybrnąć z kryzysu.

Opisuje co można zmienić i czemu zapobiec oraz opisuje prawdopodobne koszty takich przedsięwzięć. Przedstawia globalne rozwiązania systemowe, ale też pisze co możemy robić jako społeczności i jednostki. Zachęca do pogłębiania wiedzy, otwierania umysłu, łączenia faktów, angażowania się w mądre ruchy prospołeczne i dawania dobrego przykładu. Nawet te propozycje popiera wynikami badań i konkretnymi przykładami.
Wiele osób zastanawia się, czy jest sens zmieniać swoje życie i redukować słupek zużycia energii i zasobów. Redukcja zużycia zasobów przez pojedynczą osobę nie wpłynie na sytuację świata, nawet znaczące redukcje szerokiego grona nie dadzą wiele, bo to tylko obniży ceny paliw kopalnych i zachęci innych do jeszcze większej konsumpcji (...). Mimo to należy zmieniać swoje życie pod tym kątem - z wielu względów. Pierwszy jest czysto egoistyczny i praktyczny - jeśli rzeczywiście czekają nas trudne czasy, gospodarka będzie się kurczyć, powszechne staną się bieda i bezrobocie, to raczej nie chcesz wejść w ten okres z kredytem na 30 lat i wysokimi kosztami utrzymania, prawda? Zmniejszając słupek zużycia energii, zmniejszasz swoje wydatki. Pojawi się nadwyżka finansowa, która da Ci bardzo przydatną w trudnych czasach poduszkę finansową. A jeśli system się nie załamie - cóż, również wygrasz, gdyż zamiast długów będziesz miał oszczędności (...). Następny powód to wiarygodność (...). Mamy naturalną tendencję do zapominania. Ktoś, kto nie stara się na co dzień, zwykle zapomina o temacie. Dopiero wdrażając zasady szacunku dla zasobów i środowiska w swoim własnym życiu, zakorzenimy je w sobie na stałe. Osobie prowadzącej wysokoenergetyczny styl życia nie w smak będą np. wyższe ceny benzyny czy inwestowanie w koleje, a nie drogi, po których jeździ. Im więcej ludzi zaczyna żyć energooszczędnie, tym silniej zaczynają domagać się zmian przepisów i budowy infrastruktury pod tym kątem - chcą czystych i szybkich pociągów, buspasów i ścieżek rowerowych. A lepsza infrastruktura przyciąga kolejnych. (...) Po to [powinniśmy ograniczać zużycie zasobów] żeby cały czas pamiętać o temacie, lepiej rozumieć, o co chodzi, dawać przykład innym, wywierać presję na otoczenie i prawodawców.
Przypomina też, że wiele pozytywnych zmian nie narodziło się w głównym, masowym nurcie:
Wielkie zmiany społeczne - prawa jednostki, prawa pracownicze, prawa kobiet czy ruch ekologiczny - zaczynały się na obrzeżach społeczeństwa i stopniowo poszerzały swoje wpływy, aż w końcu, niejednokrotnie po ciężkiej walce, stawały się uznanymi zasadami funkcjonowania społeczeństwa. 
Na koniec podnosi na duchu:
(...) Społeczeństwo mające do dyspozycji mniejsze ilości energii i zasobów wcale nie musi być prymitywne, nieszczęśliwe i żyć w biedzie i tyranii. Owszem prawdopodobnie będzie musiało zarządzać swoimi zasobami znaczniej rozważniej niż my, unikając marnowania ich, a niektóre nasze zwyczaje będzie postrzegać jako nieakceptowalne ekstrawagancje. Jeśli nie potrafisz żyć bez iPoda, quada i corocznych wycieczek samolotem w dalekie kraje - prawdopodobnie uznasz ten świat za nie do zniesienia. Jednak brak hiperkonsumpcji nie musi być tragedią. Historia zna sytuacje, w których mimo braku zasobów społeczeństwo cieszyło się dobrobytem, spokojem i wysokim poziomem kultury, a nawet demokracji. 
Książka dała mi bardzo do myślenia. Przypuszczam, że nie raz do niej wrócę lub zacytuję co poniektóre fragmenty osobom uparcie twierdzącym, że problemu nie ma. Skłoniła mnie też do zadania sobie pytań. Co robię sama? Czy mogę bezkarnie korzystać w wygód tylko dla tego, że urodziłam się po tej stronie świata? Czym sobie na to zasłużyłam? Czy obecnie tylko czytam, poznaję i nazywam problemy, czy staram się im zaradzić? Co będzie dla mnie ważne, gdy na świecie zabraknie ropy, powietrze nie nada się do oddychania, a ludzie będą masowo chorować i umierać z głodu? Czy będę się wtedy zastanawiać, które jeansy pasują do której bluzeczki, czy ładnie wyglądam w danej fryzurze, gdzie chciałabym pojechać na wakacje, jaki kupić model telefonu i jakie aplikacje na niego ściągnąć? Czy będę spędzać czas przy winie i narzekaniu, że pranie pieluch dziecka jest takie uciążliwe lub że mam ponad 4 kilometry do najbliższego przystanku autobusowego i idąc tam na nogach ubrudziłam sobie buty? Co powiem mojemu synowi? Że wiedziałam o problemach i o tym jak im zapobiec, ale wymagało to wysiłku, rezygnacji z wygody i przyjemności lub wyjścia ze strefy komfortu i dlatego NIC nie zrobiłam? Że "tak się robiło i już", że "nie chciało mi się", miałam "poważniejsze problemy" i "wyższe cele"?

Polecam też inne recenzje tej książki. Najwięcej znajdziecie na portalu lubimyczytać.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz