piątek, 13 stycznia 2017

Recenzja książki "Życie na miarę" Marka Rabija.

Autor zabiera nas w podróż do Bangladeszu. Zwiedzamy stolicę tego kraju i pobliskie miejscowości. To właśnie tam powstaje prawie połowa ubrań, które potem możemy kupić w markowych sklepach. Co kryje się za kulisami przemysłu odzieżowego? Kto, w jakich warunkach i za ile szyje najnowsze kolekcje dla Zary, H&Mu, GAPa i CROPPa, ile kosztują ciuchy produkowane dla tanich dyskontów, hipermarketów i bazarowych sprzedawców? Czy jako konsumenci mamy wpływ na to, co dzieje się w fabrykach nad deltą Gangesu?




Każdego ranka, kiedy do blisko trzech tysięcy zakładów odzieżowych w Dhace pielgrzymują ponad dwa miliony pracowników, ulice stolicy przypominają wnętrze zatłoczonej windy, która pod zbyt dużym ciężarem pracowników zacięła się między piętrami. Ryk klaksonów łączy się w piekielne unisono. Auto trze o auto, riksza o rikszę, człowiek o człowieka. Kopcące ciężarówki bez pardonu wciskają się przed samochody osobowe, a motocykliści i rikszarze zajeżdżają autom drogę, tłuką im po maskach kijami, bębnią rekami w dachy i złorzeczą kierowcom. Ze zdewastowanych, rdzewiejących autobusów, których w Europie nikt nie dopuściłby do ruchu, co chwila wyskakują bez ostrzeżenia pasażerowie, a ich miejsce błyskawicznie zajmuja nowi. Na poboczach stada pieszych strachliwie wyczekują na rzadki o tej porze dnia moment, w którym da się bezpiecznie przebrnąć na drugą stronę rzeki samochodów. Tłok to w Dhace stan permanentny, w zależności od pory i dnia tygodnia co najwyżej nieco rzednie lub gęstnieje - do rozmiarów niewyobrażalnych dla przeciętnego Europejczyka, dla którego już dwie zmiany świateł na tym samym skrzyżowaniu stają się zamachem na wolność.
Książka jest reportażem o przemyśle odzieżowym w Bangladeszu. Znajdziemy w niej opis pożaru z 2012 roku w szwalni Tazreen Fashion oraz relację z tragedii z kwietnia 2013 roku kiedy to zawaliła się Rana Plaza - jedna z większych fabryk odzieżowych pod Dhaką. Zginęło około 1000 osób, a ponad 2500 zostało dożywotnio okaleczonych i rannych. To wydarzenie trafiło na łamy zachodniej prasy, ale o wielu innych, podobnych nigdy nie usłyszymy. Nierzadkie pożary szwalni są wpisane w koszta przemysłu odzieżowego. Czy życie, zdrowie i psychika Bengalczyków również?
- Nie daj sobie wmówić, że ktokolwiek kiedykolwiek interesował się tu czymkolwiek poza ceną towaru i jego jakością. - Mój rozmówca świdrował mnie chłodnym spojrzeniem znad porcji wybornych krewetek poławianych w tutejszych wodach. - Faceci, którzy w Polsce będą ci opowiadać o poprawie jakości życia szwaczek, przylatują tu wyłącznie po to, żeby wykłócać się o dwa centy na cenie podkoszulka. Brałem udział w dziesiątkach negocjacji handlowych. W żadnej, dosłownie żadnej, nikt dotąd nawet nie wspomniał o warunkach pracy w fabrykach.W razie przyłapania na gorącym uczynku - jak po Rana Plaza - bariera językowa i różnice kulturowe dają szansę na rozmycie odpowiedzialności. Pokrzykiwanie na szwaczki zawsze można przedstawić jako lokalny styl komunikacji, w końcu na ulicy też wszyscy krzyczą do wszystkich. Brak wentylacji - nie mówiąc o klimatyzacji - potrzebami samych pracowników, którzy nie przywykli do niskich temperatur. Niedostateczną liczbę gaśnic - chwilowymi problemami z zaopatrzeniem w ten chodliwy ostatnio towar. Brak zabezpieczenia przeciwpożarowego - zaniedbaniem nadzorcy, którego demonstracyjnie wywala się za to z roboty, a potem cichaczem przyjmuje ponownie. Obecność dzieci w zakładzie - nieporozumieniem.
(...) Dhaka ciągle potrzebuje nowych rąk do pracy. Te stare szybko tracą przecież młodzieńczą zręczność albo palce w prasach i maszynach. Prędzej czy później znika również zapał, a może raczej desperacja, która sprawia, że człowiek tkwi przy maszynie po dziesięć-dwanaście godzin na dobę z nadzieją, że ktoś dostrzeże i doceni poświęcenie, da podwyżkę i awans. Jakie to szczęście, że na prowincji powodzie, cyklony i inne klęski nieurodzaju co roku rekrutują fabrykom w stolicy ponad czterysta tysięcy kolejnych wygłodniałych pracowników.
Autor porusza też kwestię pracy dzieci. Praktyka nie do pojęcia w Europie, będąca na porządku dziennym w Azji ma swoje uzasadnienie.
Praca nieletnich w fabrykach odzieżowych to czasem efekt wyrachowania i ciasnych horyzontów myślowych ich rodziców, o wiele częściej jednak rezultat bolesnego wyboru między kontynuacją nauki, a niedożywieniem. W Bangladeszu głód to nie pojęcie z podręczników historii, lecz wciąż realne zagrożenie. (...) Zatrudnienie dwunastolatka do sprzątania sali czy podawania herbaty w biurze staje się bardziej gestem charytatywnym niż decyzją biznesową.
Oprócz wyzysku fabrycznych szwaczek Bangladesz boryka się również z innym problemem. Upadają lokalne, wielopokoleniowe zakłady krawieckie, nie mające szans wygrać z wielkimi korporacjami.
- Ojciec powtarzał mi, że krawiec nigdy nie chodzi głodny, bo czego jak czego, ale ubrań ludzie zawsze będą potrzebować. Miał szczęście, że nie dożył czasów, kiedy krawcy stali się zbędni.
Na temat kosztów środowiskowych w reportażu Marka Rabija nie znajdziemy wielu informacji. W wypowiedziach jego rozmówców pojawiają się jednak wspomnienia o zielonej stolicy, drzewach i ptakach, po których nie ma już śladu, bo zastąpiły je szare zabudowania. Dowiemy się za to czegoś innego:
Czy to normalne, żeby w państwie, które ubiera połowię świata, przeciętnego mieszkańca nie było stać nawet na jedno nowe ubranie w ciągu roku? Ponad cztery tysiące zakładów odzieżowych w kraju daje pracę blisko pięciu milionom szwaczek, krojczych i prasowaczy. Teoretycznie wszyscy ci ludzie powinni byc klientami swojej branży. Ale nie są.
(...) Odpowiedź na pytanie o ile podnieść cenę produktów, aby zapewnić szwaczkom godziwy los, była tymczasem brutalnie prosta. Ani cena detaliczna szytej przez nie odzieży, ani nawet marża fabryk nie ma najmniejszego wpływu na wysokość zarobków szwaczek. Personel w fabrykach Dhaki czy Ćottogramu nie otrzymuje bowiem pensji w zachodnim znaczeniu, czyli kwoty odpowiadającej zapotrzebowaniu rynku pracy na dane umiejętności. Większość pracowników wciąż dostaje jałmużnę, drobniutką część zysku, którą wspaniałomyślnie chce podzielić się z nimi pracodawca.
(...) W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy romans przemysłu odzieżowego z Bangladeszem dopiero nabierał rumieńców, praca przy maszynie do szycia była dla wielu kobiet interesującą alternatywą dla harówki w polu lub codziennej rutyny, jakiej doświadczały jako gospodynie domowe. (...) "Zyskałam nowe życie" wspominały pierwsze szwaczki. W tradycyjnym islamskim społeczeństwie Bangladeszu fabryki odzieżowe nieoczekiwanie stały się więc katalizatorem cichej rodzinnej emancypacji.
Co się stało? Dlaczego mimo milionów ciężko pracujących rzemieślników Bangladesz jest nadal krajem biednym, a jego mieszkańcy cierpią głód i gniotą się po cztery osoby w dwunastometrowych lepiankach nad miejskim ściekiem? Kto jest za to odpowiedzialny?
Od dawna nie potrafimy szyć na maszynie. Wielu z nas nie ma w domu nawet igły i nitki. Ostatnich krawców wysyłamy na zasiłki dla bezrobotnych, a w trosce o tak zwany styl jesteśmy gotowi pochodzić w jednym ubraniu najwyżej przez dwa sezony. Koszula jest nam bliższa ciału tylko w przysłowiu. Dawno temu oddaliśmy swoje szafy we władanie zawodowcom, którzy mówią nam, w co i jak się ubierać. Wierzymy, że ubraniem podkreślamy osobowość, bredzimy o trendach. W rzeczywistości jesteśmy tylko ostatnim ogniwem dość skomplikowanego biznesowego łańcuszka. 
(...) Odzieżowy Belfegor do perfekcji opanował zamienianie dość prozaicznej w gruncie rzeczy potrzeby ochrony ciała przed warunkami atmosferycznymi w rozmaite pragnienia wyższego rzędu. Dlatego musi kryć przed klientami wnętrza fabryk, przemęczone twarze szwaczek, brud i biedę. Nie z obawy, że wstrząśnięci konsumenci przejrzą na oczy i odrzucą na zawsze jego wdzięki. Chodzi po prostu o to, żeby nic nie zakłócało nam przyjemności konsumpcji.
(...) W głębi duszy pragniemy bowiem tego samego co grube ryby przemysłu odzieżowego. Gdybyśmy tylko mogli dobrać się do tych ubrań w cenie kosztów ich produkcji, Rana Plaza mogłaby się walić co tydzień, a Tazreen Fashion płonąć każdego wieczoru. Kto wie, czy w trującej mgle nad czerwonymi od zwierzęcej krwi kanałami Hazaribagh nie dopatrzylibyśmy się nawet specyficznej industrialnej romantyki.
Polecam także recenzje tej książki na blogach Ograniczam się i Na Nowo Śmieci oraz na stronie lubimyczytać.pl. A najbardziej na świecie polecam przeczytać tę książkę samemu!

1 komentarz:

  1. Miałam przyjemność porozmawiać z autorem książki i liczę na to, że "Życie na miarę" nie było jego ostatnim słowem w tym temacie. Bardzo ważna lektura, dzięki której umocniłam swoje postanowienie, że bojkotuję nieetyczne firmy (chyba że nie mam wyboru, na szczęście rzadko). Zapraszam też do przeczytania mojej recenzji :) http://baranowscy.eu/wordpress/zycie-na-miare-recenzja/

    OdpowiedzUsuń